Dobrze się bawiliśmy – wywiad z CSM

„Dobrze się bawiliśmy” – rozmowa z Chrisem Stanmore-Majorem w La Rochelle po zakończeniu piątego etapu regat samotników dookoła świata VELUX 5 OCEANS.


MJ: Co powiesz o najgorszych momentach w tej imprezie – nie tylko w kontekście zdarzeń, ale również w kontekście Twojej psychiki?

CSM: Dla mnie chyba najtrudniejszy był pierwszy etap, kiedy uświadomiłem sobie wielki stres, z jakim to wszystko się wiąże dla ludzi z zewnątrz, nie tylko dla mnie. Ja miałem swoje kłopoty i swój stres – mój ojciec jest bardzo chory, więc to był dodatkowy element tego stresu, co wpływało na mój związek, moi znajomi i przyjaciele martwili się o powodzenie projektu, a ja się tym wszystkim przejmowałem. Świadomość, ile emocji ludzie inwestują we mnie, gdy do mnie dotarła, była źródłem ogromnego napięcia i bólu. To było w pierwszym etapie. W kolejnym 39 dni z Cape Town do Wellington to była bardzo długa droga, tym bardziej, że przez ostatnie trzy dni nie mogłem wejść do portu, chociaż byłem już tak blisko. To, czego się można nauczyć, to na pewno cierpliwość oraz to, że nawet jeżeli wydaje ci się, że już dalej dotrzeć się nie da, że czegoś nie można przeskoczyć, okazuje się, że jednak można, tylko trzeba znaleźć na to sposób. To jest wielka rzecz której można się dowiedzieć o sobie, o swojej wewnętrznej sile.

MJ: A najlepszy element?

CSM: Najlepszy …. Hmmm… Finisz w Punta, dwa jachty i 40 sekund różnicy po 7500 mil i dosłownie match-racing na wejściu. To było najlepsze. Wiadomo, przegrałem wtedy, ale samo znalezienie się w takiej sytuacji było naprawdę wyjątkowe. Ale oczywiście drugie miejsce w piątym etapie było bardzo fajne.

MJ: Jechałeś niesamowicie szybko …

CSM: Dobrze się bawiliśmy w tej bramce prędkości …

MJ: A miałeś świadomość potencjału tego jachtu od samego początku?

CSM: Miałem. Każdy przychodził i mówił mi – to jest najszybszy jacht we flocie – i mogłoby się wydawać, że to będzie łatwe. Jacht jest bardzo szybki, ale to jak samochód Formuły 1 i trzeba nauczyć się nim jeździć. Na to potrzeba czasu. Chciałbym mieć więcej czasu przed startem – ale go nie miałem, albo kogoś kto umie więcej, jak Gutek czy Brad, żeby mi pokazał niektóre rzeczy. Kiedy w pierwszym etapie jechałem z prędkością 14 węzłów myślałem sobie: „Boże, zaraz nastąpi jakaś eksplozja” a w ostatnim jechałem 30 i piłem sobie herbatkę. To jest ta różnica. Ten jacht jest nieprawdopodobną bronią i te regaty po raz kolejny udowodniły, że jest świetny.

MJ: A co z jachtem po regatach?

CSM: To jacht sir Robina, wystawiony na sprzedaż. Dostarczam go do UK, do portu w Gosport. Ale jeżeli ktoś go kupi, powinien przyjść i porozmawiać ze mną, bo ja w tej chwili wiem o nim bardzo dużo. Można go ustawić jak bardzo delikatną maszynkę, Brad miał swój jacht właśnie tak przygotowany, a ja i Gutek jechaliśmy, jak się dało.

MJ: Możesz powiedzieć, że teraz jesteś innym człowiekiem? Że te regaty cię zmieniły cię?

CSM: Nie zmieniły, ale stworzyły swego rodzaju okno na to, kim jestem. No i dały mi wiele możliwości żebym mógł przyjrzeć się sobie pod różnym kątem. Dowiedziałem się o sobie różnych rzeczy – złych i dobrych, ale też dużo lepiej rozumiem siebie jako człowieka, którym byłem wcześniej, przed regatami.

MJ: Planujesz wydanie jakiejś książki?

CSM: Zostałem poproszony o napisanie książki o tym doświadczeniu, chcę to zrobić w przeciągu najbliższych dwóch miesięcy, więc mam nadzieję, że kiedy rozpocznie się emisja serialu dokumentalnego to książka będzie już dostępna w sprzedaży.

Fot. Milka Jung / V5O

No i co tu dużo mówić – polski wydawca poszukiwany! Jak tylko dostanę książkę w swoje ręce, uprzejmie doniosę w formie recenzji co i jak …