Maxus 22 Solo Around – z wizytą w stoczni

 

Maxus 22 Solo w trakcie zabudowy. / fot. MJ

Maxus 22 Solo w trakcie zabudowy. / fot. MJ

Przygotowania do wyprawy dookoła świata, jaką planuje Szymon Kuczyński (znany z regat Setką przez Atlantyk i 5-metrowej łódeczki Lila My) powoli osiągają kolejne etapy. O samych planach na ten rok szczegółowo można przeczytać tu: http://www.zewoceanu.pl/Maxus-Solo-Around-1/. Ponieważ stocznia jest w Węgorzewie, a więc niedaleko, a konstruktor i żeglarz również obecni, postanowiłam pojechać tam i zapytać o rzeczy, które mnie ciekawiły. Jeżeli ktoś z Was ma jakieś pytania, wpisujcie w komentarzach, poproszę Jacka i Szymona, żeby zajrzeli i odpowiedzieli na wybrane zagadnienia :)

Przypis:

Szymon za swoje zeszłoroczne „wyczyny” został nagrodzony przez szereg osób i instytucji oraz zauważony przez media. (Brożka, jego dziewczyna, zespół brzegowy i załoga, nawet panikowała przez chwilę, że boi się już otwierać lodówkę, w której również mógłby być Szymon.) Niemniej w przerwach pomiędzy wyjazdami na festiwale podróżnicze oraz prezentacjami na temat odbytych rejsów w miastach mniejszych i większych, powstał nowy plan. Nowy plan nie tylko powstał, ale również zaczął dość szybko nabierać realnych kształtów, co wcale nie jest takie oczywiste w żeglarskich projektach w Polsce (bez różnicy, czy małych, czy dużych).

Obecnie w Węgorzewie, w stoczni Northman, powstaje jacht, na którym ma się odbyć wokółziemski rejs. Na temat tego jachtu – i nie tylko – rozmawiałam w ubiegłym tygodniu z jego konstruktorem, Jackiem Daszkiewiczem oraz z Szymonem, który również pracuje przy budowie. Po pierwsze dlatego, że to lubi, po drugie dlatego, że wyruszając w samotny rejs dookoła świata dobrze jest znać każdy centymetr jachtu. Po trzecie dlatego, że dzięki bezpośredniej współpracy z konstruktorem ma możliwość natychmiastowej weryfikacji wszystkich pomysłów oraz wspólnego wypracowania najlepszych rozwiązań.

Kadłub na "łożu montażowym". /Fot. MJ

Kadłub na „łożu montażowym”. /Fot. MJ

MJ: Na jakim etapie jest budowa?

Jacek Daszkiewicz: Mamy kadłub w łożu montażowym, który obecnie zabudowujemy, ale w formie otwartej. Jest też już pokład, ale czeka jeszcze na swoją kolej.

MJ: Czym różnić się będzie Maxus Solo od seryjnych jachtów tego typu?

JD: Jest to jacht budowany pod indywidualne potrzeby Szymona. Będzie mocniejszy niż konstrukcje seryjne, ale też cięższy o ok. 150-200kg.

MJ: A z czego jest robiony?

JD: Są to żywice poliestrowe i zbrojenia szklane tkaniny oraz maty. Przy czym ważna jest gramatura tego zbrojenia, a nie ilość nałożonych warstw. Kadłub ma gramaturę o ok 20%. większą od standardowej, a w niektórych miejscach jak np. strefa denna w rejonie montażu płetwy balastowej – jeszcze większą.

Tkaniny i maty, o których wspomina Jacek. /Fot. MJ

Tkaniny i maty, o których wspomina Jacek. /Fot. MJ

MJ: Co można powiedzieć ogólnie o tej konstrukcji?

JD: Jest to adaptacja projektu seryjnego. Nasz seryjny Maxus 22 ma zabudowę modułową, co jest znacznie prostsze w wykonaniu. W wersji Solo zrezygnowaliśmy z tego ze względu na oszczędność na masie. Zastosowanie sklejki zamiast gotowych wkładek laminatowych daje możliwość maksymalnie zindywidualizowanej zabudowy wnętrza.

Standardowa konstrukcja nie jest niezatapialna, Solo musi unosić się na powierzchni, musi mieć 100% niezatapialności. Jacht będzie miał zespół komór, które z dużym zapasem spełnią wszystkie wymogi. W standardzie nie ma takiej potrzeby, a konstrukcja modułowa nie daje nawet takich możliwości.

Jacht będzie też jako całość całkowicie szczelny. Szczelność będzie osiągnięta przez ograniczenie wszelkich otworów. Będą jedynie trzy – jednoklapowy właz zejściówki, luk ewakuacyjny na rufie oraz nawiewnik wentylacyjny – wszystkie stuprocentowo szczelne.

Jacht będzie w pełni balastowy. (Standardowe Maxusy 22 najczęściej produkowane są wersji balastowo-mieczowej, z mieczem obrotowym lub szybrowym.)

Będzie posiadał zdublowane płetwy sterowe – pomimo niewielkich wymiarów jednostki uznaliśmy, że takie rozwiązanie będzie najskuteczniejsze, bo podwójna płetwa zapewnia wydajność przy każdym kącie i na każdym kursie. Nie bez znaczenia jest mniejsza awaryjność takiego rozwiązania.

Zdecydowaliśmy się również na wzmocniony maszt o standardowej wysokości ale grubszym profilu. Do tego dwa sztagowniki. Podstawowy sztag będzie jeden, ale będzie możliwość wpięcia do drugiego sztagownika fałów z dynemy.

Rzeczą spoza standardu jest też komora zderzeniowa (tzw. sterfa zgniotu) na dziobie.

Takie różne wycinanki :) Zabudowa wnętrza jest ze  sklejki, gatunek egzotyczny, cienki, lekki i mocny. / Fot. MJ

Takie różne wycinanki :) Zabudowa wnętrza jest ze sklejki, gatunek egzotyczny, cienki, lekki i mocny. / Fot. MJ

Szymon Kuczyński: Dajemy też dużo handrelingów, uchwytów. Będą też baterie słoneczne na rufie i nadbudówce.

MJ: Nie myślałeś o hydrogeneratorze?

SK: Nie, nie ma takiej potrzeby. Moje zapotrzebowanie na prąd nie będzie duże, chcę też, żeby wszystkie urządzenia miały możliwość zasilania za pomocą zwykłych baterii.

MJ: Jaką elektronikę zabierasz?

SK: Nie będzie plotera. Będzie AIS z GPS (plus GPS ręczny), chcę, żeby był autopilot elektryczny i wiatrowy, ale elektryczny muszę najpierw przetestować. Ma pewną przewagę nad wiatrowym, ale ma też minus w postaci tego, że właśnie jest elektryczny. Zobaczymy. Oświetlenie będzie LED. Z rzeczy podstawowych to tyle. Oczywiście wezmę komputer, czytniki e-booków itp, ale to już moje prywatne wyposażenie kabinowe.

MJ: Odsalarka?

SK: Nie. Nie chciałbym uzależniać dostępu do wody od działania odsalarki – w przypadku awarii sprawa byłaby bardzo poważna.

JD: A nie chciałbyś wziąć zwierzątka, na przykład kota? No wiesz, żeby do kogoś móc zagadać?

SK: Nie, co bym z nim zrobił w trakcie przerw w rejsie? Poza tym ja gadam do siebie, nie muszę gadać do kogoś, najwyżej będę się nagrywał (śmiech).

MJ: Co z żaglami?

SK: Żagli chcę dużo, zmieszczą się. Przede wszystkim takich na lekkie wiatry. Uszyje mi Jarosław Wołowicz z Giżycka.

MJ: A jak rozwiązujesz sprawę jedzenia? Liofilizą?

SK: Nie, w moim przypadku nie ma to sensu. Aż tak bardzo nie muszę oszczędzać miejsca ani wagi. Poza tym liofiliza jednak wymaga gorącej wody. A ja będę miał sprawdzone już w poprzednich rejsach gotowe posiłki z Profi, które można zjeść też na zimno, jeżeli nie ma warunków do gotowania. Zabiorę też jakieś „normalne” jedzenie – np. jajka przechowują się dobrze, pod warunkiem, że będą dobrze zasztauowane.

MJ: Ile czasu jeszcze potrwa budowa?

JD: Normalnie taki jacht budujemy w naszej stoczni dwa tygodnie, z pełną zabudową i wykończeniówką „pod klienta” – do miesiąca. W przypadku Solo mamy więcej czasu, ale już wcale nie tak dużo – za ok. miesiąc chcielibyśmy zacząć go testować na wodzie, najpierw tu, na Mazurach, potem na Bałtyku. A na początku maja zaczyna się testowy rejs na Islandię, więc wszystko musi być gotowe.

MJ: Szymon, a jak dziewczyny zrobią długą listę przeróbek? (śmiech)

SK: Tak czy inaczej na wszelki wypadek nie dam im żadnych narzędzi, żeby nie rozpoczęły przebudowy beze mnie (śmiech).

MJ: No więc na koniec opowiedzcie, jak to się zaczęło. O tym, że Szymon coś planuje, wiedziałam w zeszłym roku we wrześniu. A jak się stało, że Northman dołączył do projektu?

JD: W ubiegłym sezonie udostępniliśmy dwa jachty Forum Żeglarskiemu do treningów i regat. Pojawił się wtedy również Szymon i pływał na Maxusie. Widocznie jacht spodobał się Szymonowi i postanowił porozmawiać z nami. Prezes po krótkim namyśle zgodził się na całe przedsięwzięcie, a teraz odpowiedzialność w dużej mierze spoczywa na mnie i nie śpię po nocach, obmyślając szczegóły (śmiech).

Pokład Solo jest już gotowy, zostanie połączony z kadłubem w stosownym momencie. / Fot. MJ

Pokład Solo jest już gotowy, zostanie połączony z kadłubem w stosownym momencie. / Fot. MJ

Aha, wiem, że do wywiadu powinny być portrety, ale tak się w stoczni zakręciłam, że bohaterów nie sfotografowałam. Ale nadrobię, bo na pewno jeszcze tam pojadę :) Poza tym Szymon był na okładce Wiatru, więc wiecie, jak wygląda na pewno.

Ach – zapraszam do zerknięcia również tu: http://polakpotrafi.pl/projekt/dziewczyny-na-poklad

Otwiera się opcja crowdfundingu małych projektów – ja się bardzo cieszę, bo wielu ludziom, mającym chęć, siłę i świetne pomysły może to otworzyć drogę na szersze wody. O!

Aby do wiosny

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Poranek na łące za domem – wciąż mroźnie i nieustannie pięknie. / MJ

Odpowiadając na niektóre zapytania niniejszym informuję, że odbywam sen zimowy, czyli dłuższy urlop. Ponieważ na Mazurach jest fajnie o każdej porze roku, zupełnie się nie nudzę. Wiem, że kilka ciekawych projektów nabiera rozpędu, ale przyjdzie czas na ich opisywanie.

Blog nie znika, a ja niewątpliwie powrócę do pisania o tym, co na oceanach najpóźniej na wiosnę :)

Pozdrawiam wszystkich najserdeczniej,

MJ

O jachcie, który nie chciał zatonąć

Katastrofa, którą opisywałam w przedostatnim poście, miała miejsce w nocy z 23 na 24 grudnia. „Czarny Kot” na fali przełamał się, a Bernard Stamm i jego współzałogant, Damein Guillou, którzy płynęli do Brestu, zostali uratowani praktycznie cudem przez norweski statek, po skomplikowanej akcji prowadzonej w trakcie huraganu Dirk. Szwajcar, który widział, jak rufa jachtu idzie pod wodę, uważał łódź za zatopioną i spoczywającą gdzieś na dnie, około 200 mil od najdalej wysuniętego cypla Kornwalii oraz ok. 180 Mm od portu macierzystego.

Niespodziewanie, 9 stycznia, czyli w minioną środę, samolot służb celnych zlokalizował wrak ok. 14 mil na północ od wyspy Ile Vierge. Rozmowa z Bernardem Stammem – tłumaczenie z informacji prasowej:

– Jaka była Twoja reakcja, kiedy dowiedziałeś się, że jacht został odnaleziony?

– Muszę przyznać, że mnie to zaskoczyło. w momencie, kiedy Damien i ja go opuszczaliśmy, niewiele wystawało ponad powierzchnię. Wówczas intrygujące było patrzeć, jak tonie [no nie wiem, czy intrygujące to dobre słowo, ale sami używają „curieux” które mi jeszcze mniej pasuje tu – przyp. MJ], ale jeszcze dziwniejsze jest to, że znów się pojawił. Być może dlatego, że stracił kil i stał się lżejszy? Nie wiem. Jutro się przekonam osobiście w trakcie nurkowania.

– Jak przebiegała operacja ratunkowa, która miała miejsce w sobotę?

– Około 0700-0715 rano razem z Philippe’em Legrosem i Ewenem Le Clech pojawiliśmy się przy Aber-Wrac’h na pokładzie jednostki ratowniczej SNSM Présidents Joseph Oulhen. Naszym celem było znalezienie się o świcie koło wraku, który poprzedniego dnia został oznakowany przez nurka z Marynarki Wojennej za pomoca boi z GPS. Na początku trochę krążyliśmy dookoła, oglądając, jak to wygląda. Oczywiście analizowaliśmy też wszystkie sposoby zbliżenia się do jachtu. W końcu zwodowaliśmy ponton, żeby Philippe i Ewen mogli zejść z niego na wrak. Potem holowaliśmy go około 12 godzin z prędkością 3 węzłów do portu Aber Wrac’h.

fot. SNSM

fot. SNSM

– Gdzie obecnie znajduje się jacht?

– Jest zacumowany do  jednostki SNSM i oznakowany światłami oraz zabezpieczony. Teraz musimy się przygotować. Czeka nas sporo pracy.

– Jaki program najbliższych dni?

– Przede wszystkim, tak jak powiedziałem, trzeba zanurkować. Zrobię to jutro w momencie przesilenia pływu, kiedy prąd będzie najsłabszy. Pozwoli mi to na obejrzenie łódki i ocenę jej stanu. Potem trzeba będzie wyjąć ją z wody i przetransportować do naszej bazy w Breście. […]

– Czy spodziewasz się znaleźć odpowiedź na pytanie, co spowodowało awarię, która stała się przyczyną katastrofy?

– Za wcześnie o tym mówić. Mam nadzieję, ale możemy zostać zaskoczeni. Na pewno będziemy wiedzieli więcej po wyjęciu wraku z wody. Nie zapominajmy też, że brakuje sporej części dziobu – zostały tylko 2 metry …

– W jakim stanie jest jacht?

– Jest zmiażdżony, nie ma nadbudówki. Morze przez ostatnie dni zrobiło swoje. Rufa wystaje z wody pod kątem 45 stopni, a dziób pływa z przodu, bez wątpienia trzymając się na resztkach takielunku. Tyle z rzeczy najmniej zaskakujących …

fot. SNSM

fot. SNSM

 

/na podstawie informacji prasowej Cheminées Poujoulat 11/01/2014, tłumaczenie MJ

http://poujoulat.bernard-stamm.com/fr/news/695/cheminees-poujoulat-le-bateau-qui-ne-voulait-pas-couler.html

Wiwat kalosze!

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Fot. MJ / Etretat, Francja

Przeczytałam niedawno zupełnie świeży (z 2 stycznia) reportaż w New York Times o uratowanym rybaku, który wypadł za burtę przy pracy i przeżył. Cudem, odnaleziony został po długiej akcji ratunkowej. Prawda, że zachował się wyjątkowo przytomnie. No i udowodnił, że kalosze nie muszą być kotwicą, jeżeli się trochę zmodyfikuje ich zastosowanie.

Pokrótce sprawa miała się tak: kuter do połowu krabów wypłynął sprawdzać pułapki. 40 mil od brzegu. 3 osoby załogi. Dwie śpią, jest noc. Facet na wachcie chciał otworzyć klapę ładowni, do czego potrzeba była pewna ekwilibrystyka. Ułamało się okucie, pojechał za rufę jak ze zjeżdżalni. Zima, Atlantyk, statystyki dla tego rejonu podają, że można przeżyć maks. 19 godzin. Postanowił się nie dać. Zdjął kalosze, odwrócił podeszwą do góry i wstawił pod pachy. Znacząco zwiększył swoją pływalność – w kaloszach były „balony” powietrza. Postanowił przetrwać do świtu. Mniej więcej wiedział, gdzie jest – zaczął płynąć z prądem w stronę, gdzie powinny znajdować się pułapki na kraby wyposażone w boje, co zwiększało szanse przetrwania.

Rano koledzy na kutrze zorientowali się, że go nie ma. Rozpoczęła się akcja poszukiwawcza, do której włączyli się również lokalni rybacy. Sprawa zakończyła się happy endem, choć szanse były niezbyt duże – jak wiadomo, zauważenie ludzkiej głowy na rozfalowanym oceanie, nawet obok dużej boi, to nie jest sprawa oczywista.

[Całość jest do przeczytania tu – szczerze polecam: http://www.nytimes.com/2014/01/05/magazine/a-speck-in-the-sea.html?pagewanted=1&_r=3&hp&]

Zastanawia mnie jedno – o czym z kolei pisze Sailing Anarchy – dlaczego człowiek utrzymujący się z pracy na morzu nie ma kamizelki i/lub urządzenia lokalizującego (personal EPIRB na przykład), co znacznie zwiększa jego szanse przeżycia za cenę ok. 300 dolarów – oraz znacznie redukuje koszty akcji poszukiwawczej (o czym już litościwie anarchiści nie wspominają, pisząc jedynie wprost o głupocie takiego postępowania: http://sailinganarchy.com/2014/01/06/the-dumb-man-and-the-sea/ oraz dodając serię rad, jakie są do znudzenia powtarzane na każdym przyzwoitym kursie żeglarskim, z komentarza zamieszczonego tu: http://gcaptain.com/trying-very-hard-to-die/.

Tyle póki co noworocznej lektury, wszystkim wszystkiego dobrego na nadchodzący sezon! Żeglujcie bezpiecznie!

A tutaj znalezione w sieci nagrania z różnych akcji ratunkowych U.S. Coast Guard. Top 10. Warto zajrzeć:

http://www.sailingscuttlebutt.com/2014/01/02/u-s-coast-guard-top-10-videos-2013/

Ostatni rejs czarnego kota

Jacht Cheminées Poujoulat w porcie Le Hawre przed startem regat TJV 2013. / fot. MJ

Jacht Cheminées Poujoulat w porcie Le Hawre przed startem regat TJV 2013. / fot. MJ

W nocy z 23 na 24 grudnia jacht IMOCA 60 Cheminées Poujoulat przełamał się na pół i zatonął. Wypadek miał miejsce około 170 mil od wysp Scilly, na pokładzie oprócz Bernarda znajdował się Damien Guillou. Jacht wracał do Europy z regat Transat Jacques Vabre. Z Itajai na Azory jacht przeprowadziła inna załoga, którą zmienili Stamm i Guillou, którzy mieli odprowadzić jacht do portu w Breście.

Akcja ratunkowa nie była prosta. Obaj żeglarze musieli w nocy kilkakrotnie wskakiwać do wody, a również kilkukrotne próby podjęcia ich przez załogę helikoptera nie przyniosły skutku. W międzyczasie przełamany na pół jacht zatonął. Żeglarzom udało się jednak cudem dopłynąć do asystującego statku, Star Isfjord, który został skierowany na miejsce przez centrum koordynacyjne w Falmouth. Są cali i bezpieczni. Dziś wylądowali w Rotterdamie, skąd jadą do Francji, do rodzin.

Jeszcze z pokładu statku Stamm opowiadał przez telefon:

„Znajdowaliśmy się przed frontem, płynąc z wiatrem. Wiało stałe 43-45 węzłów, ale to było znośne. Byliśmy przygotowani do tego sztormu. Płynęliśmy na foku sztormowym i zarefowanym na czwarty ref grocie. Czyli mieliśmy zaciągnięte hamulce – ale na fali jacht przełamał się na pół, zaraz za statecznikami.

Maszt nie upadł od razu. Szybko zamknęliśmy wszystkie grodzie, po czym takielunek zwalił się na rufę. Bardzo szybko wezwaliśmy pomoc i wdrożyliśmy plan ratunkowy.

Byliśmy przygotowani do opuszczenia jachtu. Fale były ogromne, więc próbowaliśmy oszacować skalę uszkodzeń jachtu. Próbowaliśmy też odciąć maszt, ale to się nie udało. Było to naprawdę zbyt niebezpieczne. Jednak udało nam się zabezpieczyć go na tyle, żeby nie rozbijał kadłuba. Potem weszliśmy do środka I zebraliśmy nasze kombinezony ratunkowe I inne rzeczy. Nie wiedzieliśmy, jak długo jacht będzie jeszcze unosił się na wodzie.”

Mówiąc o akcji ratunkowej, Stamm wyjaśnił, że samolot Falcon 50 z bazy w Hyères pojawił się na miejscu około godziny 2330. Załoga koordynowała akcję ratunkową, po czym o godzinie 0600 przekazała ją samolotowi patrolowemu marynarki. W międzyczasie brytyjski helikopter Sea King przeprowadzał kolejne próby podjęcia żeglarzy na pokład.

„Poproszono nas o zwodowanie tratwy, tak, aby nurek mógł do nas dotrzeć. Tak zrobiliśmy, ale ani Damienowi, ani mnie nie udało się oddalić od jachtu. Było 
bardzo niebezpiecznie ze względu na odłamany dziób. W końcu musieliśmy wrócić na jacht, zostawiając wszystko, co udało się zabrać, w tratwie – wodę, torbę ewakuacyjną, telefon satelitarny i flary. To był najtrudniejszy moment.

Ratownicy powiedzieli, żebyśmy płynęli, a oni spróbują podjąć nas z wody. Niestety, to się również nie udało. Było nawet gorzej, bo tym razem miałem poważne kłopoty z dostaniem się z powrotem na jacht. To był ogromny szok.

Ponieważ nie mieliśmy już dostępu do bakisty, gdzie była druga tratwa, zrzucono nam z samolotu kolejnych pięć tratw, ale spadały za daleko. Potem pojawił się statek, i manewrował tak, żeby znaleźć się jak najbliżej. Rzucono nam linę, ale w międzyczasie o mało nie rozbiliśmy się o burtę. Jacht coraz bardziej się zanurzał.”

Załoga rzuciła jeszcze jedną linę, którą Stamm złapał, ale zaraz potem obaj żeglarze zostali rzuceni na dach nadbudówki (przez falę, jak przypuszczam – przyp.MJ). Guillou dopłynął do boi ratowniczej rzuconej ze statku i udało mu się chwycić sieć ratunkową, ale Stamm wpadł do wody i ocenia, że musiał przepłynąć około 80 metrów, czasami zanurzając się kompletnie pod wodę, zanim i on uchwycił siatkę.

„To był ogromny stres, ponieważ fale były naprawdę wielkie, a do tego czasu jacht praktycznie znalazł się cały pod wodą. Wystawała jedynie mała cześć rufy, a na resztkach sztagów wisiał dziób. Dla mnie był to wyjątkowo tragiczny obraz.”

Stamm i Guillou mieli pecha znajdując się w złym miejscu o złej godzinie. Akcja miała miejsce około 170 Mm na południowy-zachód od wysp Scilly i 180 Mm na zachód od Brestu. jacht znajdował się na granicy szelfu kontynentalnego, w miejscu, gdzie nawet przy umiarkowanych warunkach gwałtowne wypłycanie się wody sprawia, że powstają wielkie fale.

Start do regat TJV 2013. Fot. JM Liot / DPPI

Start do regat TJV 2013. /Fot. J.M. Liot – DPPI

Tłumaczenie z angielskiego na podstawie: http://www.yachtingworld.com/blogs/elaine-bunting/535828/bernard-stamm-rescue-i-swam-for-my-life#WJcLaRJZkUxVLiJy.99 Szczegóły dot. Akcji ratowniczej są tu: http://www.yachtingworld.com/blogs/matthew-sheahan/535827/bernard-stamm-and-crew-rescued#z5cvYfmsoQQH8Mju.99

Wersja francuska jest tu:

http://www.rivacom.fr/index.php?page=event&event=stamm&article=5368

Tytułem komentarza:

Powiem wprost – nikomu, kto zna Bernarda, nie przyjdzie do głowy uważać, że cokolwiek mógł zrobić źle. To facet, który jest przykładem najwyższego profesjonalizmu. Przeżył niejedną akcję ratunkową. I niejeden sztorm. Szkoda pięknego jachtu, ale fakt, że Bernard przeżył, jest dla mnie wyjątkowym zrządzeniem Opatrzności. Przeżyć taką katastrofę w wigilię Bożego Narodzenia to jak narodzić się na nowo …