Poniżej podsumowanie regat opublikowane w najnowszym Jachtingu. Mam nadzieję, że da się przeczytać (trzeba klikać i wybrać oryginalny rozmiar pliku). W ramach podsumowań polecam też wywiad (nie mój, tylko Christophe’a Favreau) z Denisem Horeau, dyrektorem regat, na stronie organizacji: http://www.vendeeglobe.org/en/news/expert/13728/denis-horeau-a-very-successful-edition.html
Archiwum kategorii: Vendee Globe
Alessandro jedenasty na mecie – koniec regat Vendee Globe

Alessandro opłynął kiedyś świat na Mini 6,50 – w 268 dni. W porównaniu z tym 104 dni na Open 60 to zdecydowanie szybciej. / Fot. J.M. Liot / DPPI / Vendee Globe
Włoch Alessandro di Benedetto dziś o godzinie 15.36 minął linię mety regat Vendée Globe jako ostatni, jedenasty zawodnik spośród dwudziestu, którzy w listopadzie wystartowali do wielkiego wyścigu samotników non-stop dookoła świata.
Jego Team Plastique dopłynął do mety 26 dni po zwycięskim jachcie, Macif Francisa Gabarta. Wynik jest jednak historyczny, gdyż jest to najkrótszy czas dzielący pierwszego od ostatniego zawodnika w tych regatach – zdarzały się różnice sięgające kilku miesięcy.*
Łączny czas Alessandro to 104 dni 2 godziny 34 minuty i 30 sekund. Średnia prędkość po trasie teoretycznej (24 394 Mm)– 9.8 węzła, po trasie rzeczywistej (28 840 Mm) – 11,5 Mm. Tym samym jest lepszy o jeden dzień od wyniku jaki na tym samym jachcie osiągnął Boissières w roku 2008 (zajął siódme miejsce).
Niezależnie od pogody i okoliczności Włoch był zawsze w dobrym humorze i cieszył go każdy dzień spędzony na morzu, chociaż łatwo nie miał. Gdyby nie utrata większości żagli pełnowiatrowych z pewnością wróciłby szybciej do macierzystego portu (oprócz Arnaud Boissières jest to drugi zawodnik mieszkający w Les Sables.) Kilka wycieczek na maszt, złamane żebro – ale za każdym razem uśmiech i radość życia.
Sam di Benedetto zresztą jest postacią nietuzinkową. Kiedy w roku 2010 pojawił się w Les Sables d’Olonne kończąc wokołoziemski samotny rejs na łupince Mini 6,50 – zaintrygował lokalną społeczność. Każdy, kto pływał na Mini lub widział je przynajmniej raz, a wie cokolwiek o żeglarstwie przyzna, że nie da się zignorować człowieka, który po 268 dniach osiąga swój cel i kończy taki rejs – w dodatku przy zastosowaniu awaryjnego takielunku. Wśród osób na kei był Arnaud Boissières, który również kiedyś ścigał się w tej klasie. Zabrał Włocha na pokład swojego jachtu IMOCA Open 60 … no i tak zaczęła się kolejna przygoda.
Alessandro kupił od Arnaud jego jacht, Solune (jednostka na której Boissières startował w roku 2008, Sébastien Josse w 2004 a Thomas Coville w 2000). Nie był to więc sprzęt najnowszy ani najszybszy, ale za to prosty w obsłudze. Niemniej wyruszając na start, zapakował jedzenia na 140 dni. Nie wiadomo przecież, co się może zdarzyć …
Di Benedetto nie miał dużego regatowego doświadczenia, w dodatku wystartował z grypą, więc uczył się jachtu dzień po dniu, a z kibicami dzielił się drobnymi radościami – hodował kiełki, fotografował ptaki … Mniej więcej w połowie trasy zaczął płynąć szybciej, nauczył się kontrolować prędkość jachtu z dokładnością poniżej jednego węzła. Ale wtedy rozpoczęło się pasmo awarii. Włoch jednak miał doświadczenie i cierpliwość z rejsu klasą Mini – płynął powoli, ale do przodu. Dzisiaj, osiągając swój cel, kończy siódmą edycję regat Vendée Globe i może być naprawdę zadowolony ze swojego wyniku.

„Najmniejszy jacht, który opłynął świat w samotnym rejsie non-stop, bez pomocy z zewnątrz, trasą wokół trzech przylądków” – to jest Mini Alessandra w porcie Les Sables. / Fot. MJ
*W poprzedniej edycji regat (2008-09) ostatni zawodnik, Norbert Sedlacek (AUT) skończył powyżej 42 dni po zwycięzcy, Michelu Desjoyeaux; w edycji 2004-05 różnica pomiędzy pierwszym w klasyfikacji Vincentem Riou a ostatnią Karen Leibovici wyniosła 39 dni; w 2000-01 Michela Desjoyeaux od Pasquale de Gregorio (ITA) dzieliło prawie 65 dni; w 1996-97 zwycięzca Christophe Auguin wyprzedził ostatnią Catherine Chabaud o 34 dni, w 1992-93 pomiędzy Alainem Gautierem a Jean-Yves Hasselinem było 43 dni; w pierwszej edycji 1989-90 Titouan Lamazou wyprzedził Jean-François Costa o 53 dni.
Za ile ta robota?

Tak wygląda statuetka będąca nagrodą w regatach VG. Wiemy już, czyje nazwisko będzie tam wygrawerowane. / fot. MJ
Jeszcze dwóch zawodników walczy na trasie – Tanguy i Alessandro. Jeden ma jeszcze trochę ponad tysiąc, drugi niecałe dwa tysiące mil do końca. De Lamotte (Initiatives Cœur) spodziewany jest w niedzielę 17 lutego, Di Benedetto (Team Plastique) mniej więcej we czwartek 21.
Jaka – finansowo – nagroda czeka na nich na mecie? No właśnie. W porównaniu z nakładami finansowymi, jakie trzeba ponieść, gratyfikacja jest skromna: zwycięzca (Francis Gabart / MACIF) dostanie 160 000 euro, za drugie miejsce (A. Le Cleac’h / Banque Populaire) jest 100 000, za trzecie (Alex Thomson / HUGO BOSS) – 75 000. Za czwarte miejsce jest 55 000, za dziesiąte – 10 000. Za miejsce 11 prawdopodobnie będzie tyle samo (w puli jest jeszcze 70 000 do podziału – chyba, że organizacja podwyższy nagrody wobec tego, że kończy jedynie 11 zawodników). Można uznać, że to drobne „na waciki”… Ale wiadomo, że start w tej imprezie nie jest dla gratyfikacji finansowej, ma wymiar, moim zdaniem, morsko-metafizyczny.
Jak te kwoty wyglądają w odniesieniu do budżetu całości projektu? Wyliczenia podaję za oficjalnym źródłem www.vendeeglobe.org, myślę, że są one orientacyjne, bo żaden zespół nie poda, w czasach kryzysu, dokładnych kosztów, które znają tylko księgowi. Im większe doświadczenie zespołu, tym więcej można oszczędzić w jednym miejscu, a dołożyć w innym, jeżeli jest z czego. Teoria mówi, że roczny budżet dla jachtu (i zespołu, a te liczą od 6 do kilkunastu osób) w klasie Open 60 to 2-3 mln euro w zależności od programu startów. Czteroletni cykl przygotowań do regat Vendee Globe (z zakupem jachtu) to teoretycznie około 5 mln, w przypadku tych, którzy zaczynają działać bardzo wcześnie, czyli zaraz po zakończeniu wyścigu.
Obecnie te budżety są bez wątpienia mniejsze – Bertrand de Broc deklarował przed startem budżet całości na 1 100 000 euro i brakowało mu 200 000 – nie wiem na co. Vincent Riou przyznawał się do 1 550 000, Sam Davies do 2 000 000 od głównego sponsora, Saveol, co miało stanowić dwie trzecie jej całego budżetu.
Jak będzie to wyglądało w kolejnej edycji Vendée Globe – jeszcze nie wiadomo. Rozważany jest udział jachtów monotypowych, jak w Volvo Ocean Race czy MOD70. Ale co wtedy z klasą Open 60 – pięknymi jachtami, Formułą 1 oceanów? (No tak trochę patetycznie wyszło, ale wiecie o co chodzi przecież.)
Le Cam, Golding i Stamm

Grzywa imponująca. No i sublokatorzy jachtu nareszcie na wolności! / Fot. O. Blanchet / DPPI / Vendee Globe
No i dopłynęli. Wczoraj. Jean Le Cam (SynerCiel), Mike Golding (Gamesa) i Bernard Stamm (Cheminnes Poujoulat). Podsumowanie „służbowe” można przeczytać tu: http://energasailing.pl/niezwykly-finisz-w-les-sables-dolonne/ albo
tu: http://polishoceanracing.com.pl/2013/02/niezwykly-finisz-w-les-sables-dolonne/.
A teraz kilka słów dodatkowo. Ja nie wiem, jak Le Cam z taką grzywą radził sobie na morzu. Trzy miesiące? Sól? A na mecie źle nie wyglądał :) Plotki przedstartowe głosiły, że nie zabierał ze sobą wody butelkowanej (każdy trochę pakował na wypadek awarii odsalarki) tylko wino. Na pewno humor mu dopisywał w każdym razie, a jego wygłaszane ze środka oceanu komentarze dotyczące regatowej rzeczywistości, protestów oraz innych sytuacji były szczere do bólu. I raczej niepoprawne „politycznie”. To on zainicjował zbieranie podpisów pod apelem do komisji o wycofanie dyskwalifikacji Bernarda Stamma. Zmobilizował bardzo wiele osób i na pewno zyskał sympatię równie wielu, powołując się na to, że Bernard zrobił wszystko, co każdy przytomny żeglarz zrobiłby na jego miejscu. Znany smakosz (jego towarzyszka życia prowadzi restaurację) nie odmawiał sobie przyjemności kulinarnych – sztorm nie sztorm, jeść trzeba dobrze. No i słusznie.

Mike Golding w przedregatowym życiu był … strażakiem. / Fot. J.M. Liot / DPPI / Vendee Globe
Dla Goldinga były to czwarte regaty Vendée Globe. Zarzeka się, że ostatnie, ale już wcześniej kiedyś też tak mówił. Jedyny facet, który trzy razy ukończył ten morderczy wyścig. Wielki szacunek. Ale w bazie zdjęć prasowych jest tylko – może na razie – 30 zdjęć z jego powitania (zdjęć Le Cama 114, Stamma 55) I jak tu nie uważać, że Francuzi są skoncentrowani tylko i wyłącznie na swoich ???

Radość Bernarda i jego zespołu – bezcenna. / Fot. J.M. Liot / DPPI / Vendee Globe
Cieszy mnie jednak, że organizatorzy nie zignorowali Bernarda, ale udostępnili swoje kanały przesyłu informacji – filmy i zdjęcia z jego wpłynięcia do portu są na oficjalnych stronach, biuro prasowe przygotowało oficjalną informację. Dobre i to, chociaż wiadomo, że wolność, równość i braterstwo to jednak na morzu bardziej niż na lądzie. Przepraszam, ale nie mogłam się powstrzymać. Jest to mój subiektywny pogląd i nie musicie się z nim zgadzać.
Sanso uratowany, Dick czwarty na mecie
No i kiedy już wszyscy myśleliśmy, że po licznych emocjach na wodzie zapanowała nuda i już nic się zdarzy, wystarczy odnotowywać kolejne wpłynięcia na metę, gruchnęła wiadomość o wywróceniu się jachtu Acciona 100% Eco Powered należącego do sympatycznego Hiszpana Javiera Bubiego Sanso. Hiszpan „koczował” w Les Sables w tym samym biurze co my, Eliza Gutkowska dokarmiała cichaczem jego psa, a pies otrzymane smakołyki ukrywał po kątach pod wykładziną. A fotograf Javiera, Jesus Renedo, to dobry kolega Ainhoy Sanchez, jeżeli komuś to nazwisko coś mówi. Tak więc Sanso to nie jest postać dla mnie anonimowa, ale człowiek, z którym przez trzy tygodnie przygotowań mówiliśmy sobie „dzień dobry”. Więc tym bardziej trzymałam kciuki za powodzenie akcji ratowniczej. Ale po kolei.

Tutaj jacht w trakcie przygotowań do regat VG. / Fot. J. Renedo / DPPI / Vendee Globe
Wczoraj, w niedzielę 3 lutego o godzinie 1049 UTC z jachtu ACCIONA 100% EcoPowered prowadzonego w regatach Vendée Globe przez Hiszpana Javiera Sanso nadany został sygnał alarmowy pochodzący z dwóch radioboi EPIRB znajdujących się na pokładzie. Jacht znajdował się wówczas ok. 500 mil morskich na zachód od Madery i 360 Mm na południe od wyspy Sao Miguel w archipelagu Azorów. Jacht wywrócił się, a żeglarz ewakuował się do tratwy ratunkowej.
Warunki w miejscu zdarzenia były dobre, północno-wschodni wiatr wiał z siłą 15 węzłów. Jacht płynął kursem ostrym przy umiarkowanym rozkołysie. Zaledwie kilka minut przed wypadkiem Sanso wysłał codzienny raport do dyrekcji regat, w którym pisał, że wszystko jest dobrze.
Sygnał wzywania pomocy odebrany został o godzinie 1052 UTC przez centrum koordynacji działań ratowniczych w Madrycie, które poinformowało zespół brzegowy Acciona, a zespół dyrekcję regat. Dyrekcja oraz centra ratownicze na Azorach oraz we Francji podjęły próbę telefonicznego kontaktu z żeglarzem, ale bez skutku.
Placówka na Azorach zgłosiła potrzebę rozpoznania lotniczego rejonu wypadku, samolot poszukiwawczy wyruszył o godzinie 1630 UTC i znalazł Javiera Sanso w tratwie. Hiszpan nadawał sygnały za pomocą flar dymnych i znajdował się w pobliżu przewróconego jachtu. Informację przekazano do dyrekcji regat. Następnie o godzinie 1750 UTC z azorskiej wyspy Terceira wystartował helikopter, który o godzinie 2340 UTC podjął na pokład Javiera Sanso zawrócił do bazy, gdzie powrócił o godzinie 0330 UTC.
Na filmie nakręconym przez ratowników widać, że jacht stracił kil …
Le sauvetage de Javier Sanso przez VendeeGlobeTV
Według lekarzy z bazy wojskowej gdzie obecnie przebywa hiszpański zawodnik, jest on zdrowy i nie ma oznak hipotermii, co potwierdził w rozmowie z biurem regat. Nie wiadomo jeszcze co było przyczyną wywrotki ani jakie będą dalsze losy jachtu Acciona 100% EcoPowered, jedynej jednostki we flocie zasilanej w stu procentach energią słońca, wiatru i wody. Zastanawia mnie, a wiem, że nie tylko mnie, czy musiało upłynąć aż tyle czasu od nadania sygnału do przybycia helikoptera (w sumie ok. 12 godzin) …
Pierwszą relację Bubiego można przeczytać tu: http://www.vendeeglobe.org/en/news/article/12199/javier-sanso-s-first-impressions.html

Wiem, że sztampowe zdjęcie. Ale na finiszu w nocy muszą być flary a w dzień szampan :) / Fot. O. BLANCHET / DPPI – VENDEE GLOBE
Dobra wiadomość na dziś jest taka, że weterynarz dopłynął do mety, na czwartym miejscu, po pokonaniu 2650 Mm bez kila. J.P. Dick zameldował się na mecie o godzinie 1605 GMT po 86 dniach, 3 godzinach, 3 minutach i 40 sekundach od startu – 8 dni po Gabarcie. Oby wszyscy inni, co wciąż na wodzie, też dopłynęli. Wierzę w talent Tanguya, da radę z tym przeciekiem przy stateczniku (aha, dzięki akcji klikania kolejna dwójka dzieci przejdzie operacje kardiochirurgiczne, 10-miesięczny chłopiec z Madagaskaru i 4-letnia dziewczynka z Senegalu).
No i jeszcze oficjalnie informuję, że ponieważ kolega Melon, znany tu większości, miał okazję przepłynąć Atlantyk razem z Gutkiem, Świstakiem i Bartkiem, to ja bardzo liczę, że opisze wycieczkę swoimi słowami i dołączy zdjęcia (wiem, że ma). A gdybym ja zapomniała, to proszę żebyście wy jemu przypomnieli. Bo nie ma jak relacja z pierwszej ręki. Może uda się też Bartka namówić na opowieści, ale tego nie obiecuję.


