Clipper Round The World Race – Polki w regatach dookoła świata cz. 1

W regatach Clipper Round The World, o których niedawnym zakończeniu pisałam tu https://milkajung.com/2016/08/01/clipper-round-the-world-yacht-race-wielki-final-10-edycji/, startowało czworo Polaków, dwie kobiety i dwóch mężczyzn. Udało mi się porozmawiać z Anną Cyran i Martą Michalską. Opowiedziały o swoich motywacjach, pasjach i wrażeniach. O tym, czego się spodziewały i co je zaskoczyło. Jak to jest płynąć przez miesiąc na 70-stopowym jachcie w 24-osobowej załodze oraz o mnóstwie innych rzeczy.

W trakcie każdych regat Clipper RTW powstaje serial dokumentalny, emitowany przez Discovery. Poniżej zwiastun najnowszej edycji.

Anna Cyran.

Jacht Mission Performance. Wiek – 26 lat. Zawód – lekarz. Miejsce zamieszkania – Monachium. Etap regat – 1 (Londyn – Rio de Janeiro). Liczba przepłyniętych Mm – 5200. Liczba dni na morzu – 30.

W drodze do Rio na pokładzie MISSION PERFORMANCE. /fot. Andrew Richards

W drodze do Rio na pokładzie MISSION PERFORMANCE. /fot. Andrew Richards

Milka Jung – W ilu etapach brała Pani udział?

Anna Cyran – W pierwszym, zgodnie z informacjami na stronie Clipper Ventures.

Czemu się Pani zgłosiła? Jaki był powód tej decyzji?

Żeglowałam już wcześniej, a potem trafiłam na Discovery Channel na film dokumentalny o którejś ze starszych edycji wyścigu, no i to mnie przekonało, bardzo szybko. Specjalnie długo się nie zastanawiałam.

Miałam zrobiony międzynarodowy certyfikat ISSA, chorwacki Voditelij Brodice, oraz Day Skipper (RYA – przyp. red.). Jak każdy Polak miałam za sobą kilka rejsów na Mazurach, trochę doświadczenia z Morza Śródziemnego i parę rejsów na północy Europy. Tu chyba trzeba wyraźnie powiedzieć, że takie doświadczenie z Mazur, Chorwacji czy z Włoch niewiele naprawdę wnosi, jeżeli zaczyna się trening do regat Clipper Race, nic nie zmienia.  Żegluga na wodach pływowych, w okolicach St Malo czy Solentu przynajmniej pomaga na tyle, że człowiek wie, jak się ma potem spakować na regaty. Pierwsze wejście na łódkę – pomimo mojego doświadczenia i tego Day Skippera posiadanego od roku – było takie, że naprawdę nie wiedziałam, jak się do niektórych rzeczy zabrać … (śmiech). Już samo olinowanie jachtu jest dużo bardziej skomplikowane, refowanie grota jest dużo trudniejsze niż na jachcie turystycznym. Obsługa ruchomych baksztagów i spinakerbomu były dla mnie nowością.

Co jest najważniejsze w bagażu? Czego w ogóle nie warto brać?

Kilka dobrej jakości podkoszulek typu „base layer” z wełny merino, ewentualnie z dobrych tworzyw sztucznych. Ubrania z bawełny nigdy nie wyschną, a noszone wilgotne podrażniają skórę. W warunkach jachtowych nawet niewielkie zranienia trudno się goją i łatwo ulegają zakażeniu. Do tego kilka par rękawiczek. Z naszego doświadczenia wynika, że nie wyprodukowano jeszcze rękawic żeglarskich, które by nie przemokły, trzeba mieć kilka par i je zmieniać.

Co było więc głównymi elementami treningu? Jak was przygotowywano przed startem?

Najważniejsze jest bezpieczeństwo, od początku wdrażany jest taki dryl, że każdy musi chodzić w swojej kamizelce ratunkowej, niezależnie od pogody i od tego, co się robi na pokładzie, każdy musi ją mieć. Bardzo szybko zaczęliśmy ćwiczyć manewry MOB (człowiek za burtą – przyp.red.). Od samego początku powtarzaliśmy je wielokrotnie, w trakcie każdego tygodnia treningu, czasami nawet kilka razy jednego dnia, w różnych kombinacjach, tak, aby każdy miał szansę przyjąć różną rolę podczas tego manewru. Oprócz tego są krótkie pogadanki, dwa razy też odbywa się kurs Sea Survival, raz bardziej nakierowany na aspekty medyczne, a raz w formie treningu na basenie z wchodzeniem do tratwy, wychodzeniem, rozgoszczeniem się w tej tratwie, holowaniem się nawzajem, pływaniem w grupie, w dużej grupie – tego typu rzeczy.

Czy taki proces rekrutacyjny jest trudny do przejścia?

Nie, w ogóle nie jest trudny. To byłoby sprzeczne z ideologią Clipper Round The World. Chodzi o to, żeby każdy mógł podjąć takie wyzwanie, a nie o to, żeby przyjąć tych, którzy dobrze rokują – młodych, zdrowych i sprawnych mężczyzn, tylko o to, żeby mogły zrobić to osoby, które na przykład przeszły w życiu jakąś ciężką chorobę, typu nowotwór, i chcą sobie udowodnić, że mogą podjąć takie wyzwanie, pokonać jakieś trudności.

A czy jest jakiś klucz do kwalifikacji? Bo chyba nie wszyscy je przechodzą?

Szczerze mówiąc nie znam takiego przypadku, nie znam osób, które nie zostały zakwalifikowane. Wydaje mi się, że działa to w ten sposób, że rozpoczyna się trening, instruktorzy obserwują i notują postępy, a jeżeli ktoś sam widzi, że ma problemy, to prosi ich o powtórzenie jakiegoś poziomu szkolenia. Przypuszczam, że gdyby to nie wyszło za drugim czy trzecim razem, to taka osoba sama raczej rezygnuje. Na trzecim i czwartym poziomie jest się już ocenianym poważnie przez instruktorów, i wydaje mi się, że gdyby tam ktoś nie spełniał wymogów dotyczących bezpieczeństwa, to taka osoba nie zostałaby zakwalifikowana do regat, ale trudno jest nie ukończyć szkolenia.

Praca ze spinakerem ... / Fot. Mission Performance - Clipper Ventures PLC

Praca ze spinakerem … / Fot. Mission Performance – Clipper Ventures PLC

Czego spodziewała się Pani wyruszając na morze w tym pierwszym etapie?

Zupełnie nie wiedziałam, czego się spodziewać. Żeby wystartować, trzeba wygospodarować bardzo dużo czasu. Ja byłam wtedy jeszcze na studiach, znaleźć 4 tygodnie na treningi a potem około 5 tygodni na same regaty to bardzo dużo czasu. W rezultacie jest tak, że właściwie nie ma kiedy się tak na spokojnie do tego przygotować, poczytać jeszcze, pochodzić trochę dookoła tego. Tak naprawdę za każdym razem jechałam na trening nieprzygotowana – pierwszy trening to była sesja zimowa na uczelni, ja prosto po egzaminie z dermatologii wsiadłam w samolot i nic nie wiedziałam …

A jak to było w trasie? Oczekiwała Pani czegoś?

Myślę, że byłam taką czystą kartką. Z jednej strony byłam gotowa dołączyć do załogi, która jest napięta na rywalizację i bardzo chce wygrać, a z drugiej byłabym też zadowolona, gdyby okazało się, że moja ekipa jest bardzo towarzyska i woli spędzić przyjemnie czas niż wygrać regaty. Myślę, że  brak oczekiwań i takie podejście pomogły mi wrócić zadowoloną z tego rejsu.

A czy były jakieś trudne międzyludzkie sytuacje? 5 tygodni to dużo, jacht to mała przestrzeń, regaty to dodatkowe ciśnienie – dawało się unikać konfliktów?

Tak, dochodziło do konfliktów. Z perspektywy czasu myślę, że to funkcjonowanie w zespole jest najtrudniejszym elementem tych regat i najważniejszą lekcją, jaką można z nich wynieść.

Jeszcze przed wypłynięciem wspólnie ustaliliśmy kilka zasad wspólnego żeglowania i dzielenia przestrzeni na łodzi, m.in. zakaz podnoszenia głosu na siebie nawzajem – można krzyczeć po to, żeby nas usłyszano, ale nie agresywnie; gdy ktoś z załogi popełnia błąd, wspólnie go naprawiamy i analizujemy, żeby uniknąć go w przyszłości, ale nie wypominamy mu tego. Na te warunki musiał przystać każdy z uczestników, dzięki temu później w kryzysowych sytuacjach  mogliśmy się na to powołać i przywrócić porządek.

Start pierwszego etapu z Londynu. / Fot. Clipper Ventures

Start pierwszego etapu z Londynu. / Fot. Clipper Ventures

Był także pomysł „happy hour” tj, w czasie, kiedy obydwie wachty są na deku można podnieść dyskusję  nt. dowolnej kwestii – związanej z żeglarstwem, komfortem życia na jachcie lub po prostu powiedzieć, co nas denerwuje. Decyzje dotyczące ew. zmian są podejmowane większością głosów. Skarg było sporo, zaczęliśmy to nazywać „smacky hour” (godzina skarg i zażaleń – przyp. red.), ale myślę, że regularne dawanie upustu emocjom jest lepsze niż kumulowanie ich w środku aż w końcu eksplodują.

Czy rywalizacja jest w tych regatach ważna, czy nie dla wszystkich? Jak to wygląda?

Kiedy zostały ustalone składy załóg, przeprowadziliśmy głosowanie i rozmowę dotyczącą tego, jakie mamy priorytety jako załoga i jakie mamy zasady. To oznacza, że nie każdy z tak dużej załogi jest zadowolony, ale ustaliliśmy jakieś kompromisy. My na pewno mieliśmy priorytet bezpieczeństwa oraz tego, żeby nie robić rzeczy wbrew czyjejś woli, żeby spędzić razem dobrze czas. Ale wiem, że np. ELMAX (zwycięzcy regat – przyp. red.) podszedł do sprawy zupełnie inaczej, tam skiper był zorientowany bardzo na ściganie …

– to Francuz …

– Świetny żeglarz, ale nie wszyscy wrócili zadowoleni.

Czy dużo w Pani zmieniła taka przygoda?

Mój zamysł był taki, że związku ze zmianą w życiu i przejściem od czasów studenckich do życia zawodowego, ten rejs będzie takim pomostem pomiędzy jednym a drugim i myślę, że to się spełniło. To nie była największa przygoda w moim życiu ani największe wyzwanie, ale na pewno jedno z fajniejszych doświadczeń.

A czy zdarzyło się cos takiego, co było szczególnie trudne? Jakiś sztorm albo coś innego?

U nas na jachcie zepsuła się odsalarka. Znajdowaliśmy się w klasyfikacji pomiędzy 3 a 4 miejscem, już przez dwie doby, co było naprawdę fajnym wynikiem, i nagle zepsuła się odsalarka. Okazało się, że do naprawy potrzebna jest część, której nie mamy na pokładzie, ale ma CLIPPER TELEMED. Oni żeglowali na ostatnim miejscu. Więc musieliśmy zawrócić, przez 12 godzin płynąć pod prąd i pod wiatr, z powrotem, żeby dostać od nich części. Przez kolejne 10 godzin naprawialiśmy odsalarkę, ale już nie udało nam się odzyskać utraconej pozycji. Próbowaliśmy zawalczyć o 8, 9 miejsce – no to był okropny czas dla załogi. Pod wiatr płynie się gorzej niż z wiatrem, mieliśmy za sobą jakieś 2/3 trasy, więc było już zmęczenie materiału i morale załogi kompletnie upadło. To dla nas wszystkich było najgorsze doświadczenie.

Najfajniejsze wspomnienie?

Wpływanie do samego Rio. Ma się już poczucie osiągnięcia czegoś, wspólnie z drużyną, pomimo przeciwności – to jest wspaniałe. Samo Rio zresztą z wody wygląda przepięknie, nad ranem mijaliśmy platformy wiertnicze, które przed nami wyłaniały się z mgły, a potem wpływaliśmy już do tej części, gdzie teraz odbywa się olimpiada, do Marina da Gloria, gdzie wpływa się obok Głowy Cukru, takim zawijasem. Wygląda to fantastycznie, super – świetny dzień. Z boku jest lotnisko, więc dosłownie nad głową startują i lądują samoloty – jakby leciały tuż nad masztem. Niesamowite wrażenie.

Za sterem MISSION PERFORMANCE. / fot. Andrew Richards

Za sterem MISSION PERFORMANCE. / fot. Andrew Richards

Czy było łatwo wrócić do pracy? Pani właściwie zaczynała od nowa, a rejs był przejściem pomiędzy etapami w życiu …

Z Rio pojechałam jeszcze podróżować po Brazylii, bo przedstawiałam tam swój studencki projekt naukowy. A stamtąd prosto przyleciałam do Monachium, gdzie teraz pracuję. To było śmieszne, z upalnej pod koniec listopada Brazylii polecieć do Niemiec, w dodatku bez bagażu, który zaginął gdzieś po drodze … Miałam tylko kilka żeglarskich ubrań „warstwy pośredniej” i to było wszystko, co mogłam założyć (śmiech).

Dziwacznie było. Przyjechałam do mieszkania bez mebli i długo spałam na materacu. Chodziłam dziwnie ubrana w górę od sztormiaka – smock – bo nic innego nie miałam. Było mi wciąż zimno, chociaż w Monachium była temperatura raczej normalna jak na tę porę roku. Musiałam zacząć się uczyć do egzaminu, żeby uzyskać prawo wykonywania zawodu, a nie umiałam się do tego zabrać. Po takim czasie niepisania nawet długopis dziwnie w ręku leży … Było bardzo dziwnie, i wiem, że im dłużej ktoś pływał, tym trudniej. Sporo jest osób, które po rejsie dookoła świata już nie wracają do poprzedniej pracy, pracują np. dla Clipper Ventures albo innej firmy żeglarskiej, zmieniają swoje życie w formie dosłownej.

Jak Pani myśli, czy żeglarstwo będzie dalej obecne w Pani życiu?

Jak najbardziej. Wczoraj żeglowałam po jeziorze Bodeńskim, w przyszłym tygodniu jadę na Adriatyk, popływać z rodziną. W międzyczasie mój kolega z załogi kupił jacht i ściga się w Lizbonie w takich krótkich regatach i często staje na podium, odwiedzam go czasami.

A czy same regaty Panią bardziej interesują czy jednak turystyka?

Regatowa strona żeglarstwa bardzo mi się spodobała, tylko że trudno jest to sobie zorganizować, tym bardziej na większych jednostkach i w dłuższych regatach, np. transoceanicznych – zajmuje to bardzo dużo czasu.

Jak Pani ocenia – warto było zanurzyć się w takie doświadczenie?

Oczywiście. To na pewno zależy od tego, kto jest na jakim etapie życiowym. Ja bym bardzo chciała popłynąć więcej etapów, np. na odcinku wokół Australii czy z Rio do Cape Town, żeby spróbować tej trudniejszej żeglugi, bo jednak trasa Londyn-Rio jest fajna, ale jednak z wiatrem i właściwie po płaskiej wodzie, nie jest to bardzo wymagające żeglarstwo. Ja w obecnym momencie życia nie mogłam sobie pozwolić na więcej odcinków i więcej czasu na wodzie, ale jeżeli ktoś może – naprawdę warto. Poza tym, te regaty są dla wielu żeglarzy jedyną okazją, żeby nauczyć się pływać na tego typu jachcie.

Poczucie humoru to według sir Robina Knox-Johnstona jedna z najważniejszych cech żeglarza. / Fot. Andrew Richards

Poczucie humoru to według sir Robina Knox-Johnstona jedna z najważniejszych cech żeglarza. / Fot. Andrew Richards

A jak ocenia Pani koszty tej wyprawy?

Jak na imprezę żeglarską tego typu koszt był akceptowalny. Obejmował treningi (4 tygodniowe sesje bez transportu), komplet ubrań, parady, zabezpieczenie ratownicze – moim zdaniem nie dałoby się tego zorganizować niższym kosztem.

Czy Polacy jakoś się ze sobą spotykali?

Nie, raczej nie, jednego z kolegów spotkałam w Rio na imprezie po mecie, ale nie wiem, czy on to pamięta, bo było już bardzo późno, a impreza zaawansowana (śmiech).

Dziękuję bardzo za rozmowę i życzę powodzenia – w życiu i pod żaglami.

Dziękuję.

 

P.S.

Tu mini-serial z Etapu 1  (przygotowany z myślą o telewidzach z Timoru Wschodniego, gdzie został wyemitowany):

Episode 1

 

Episode 2

Episode 3

Episode 4

Episode 5

A tu dość długie video (aż 10’), dobrze oddające atmosferę panującą w załodze. Niestety jednak pokazuje tylko łatwe i przyjemne żeglowanie, bo tylko wtedy da się kręcić i robić zdjęcia…

 

Tekst powstał na zlecenie sailing.org.pl.

4 thoughts on “Clipper Round The World Race – Polki w regatach dookoła świata cz. 1

  1. Francuz pewnie podnosił głos :-) Fajny wywiad, dużo informacji praktycznych. Lubię to.

    • Tak jakoś wyszło w sposób naturalny, więc nie ma co zmieniać i naciągać, że było inaczej. Z Martą – w kolejnym wywiadzie – jakoś naturalnie byłyśmy po imieniu i tak zostało.

Możliwość komentowania jest wyłączona.