Koleżanka Ainhoa Sanchez przygotowała trzy projekty kalendarzy żeglarskich na rok 2012 (można też otrzymać kalendarz z wybranych przez siebie zdjęć). Z opublikowanych przez nią informacji wynika, że cena 30 euro plus koszty przesyłki (Europa – 10 eur). Zdjęcia fantastycznej urody, polecamy wszystkim, po pierwsze dlatego, że są piękne, po drugie dlatego, że Sanchez, która zaczynała poważną pracę w zeszłym roku przy „naszym” Velux 5 Oceans wchodzi właśnie do absolutnej pierwszej ligi fotografów żeglarskich.
Tymczasem Husaria, jak donosi Andrzej, już w Acapulco. Z Cabo San Lucas wypłynęli 24 listopada we czterech – Krzysztof Kamiński (kpt), Andrzej Piotrowski, Irek Zubko oraz Teddy Sroka. Po dokładnie 5 dniach dotarli do Acapulco, świętując w międzyczasie urodziny skipera. Na miejscu są już kolejni załoganci z Chicago i Nowego Jorku oraz Wlk.Brytanii. W dziesięcioosobowym składzie płyną do Kanału Panamskiego. Liczymy na dalsze relacje – Husaria już znowu na morzu.
W przechyle - fot. A.Piotrowski
P.S. żądnych newsów o VOR zapraszam na stronę Gutka ;) dostałam raport medialny z otwarcia regat; tymczasem w Cape Town łatają kadłub Team Sanya, maszt Abu Dhabi, który wylądował na lotnisku w Johannesburgu, powinien być już również w Kapsztadzie, choć nie ma potwierdzenia tej informacji (Gutek na żagle czekał chyba tydzień). Dzisiaj również na Tristan da Cunha ładują Pumę na statek, czego sobie za bardzo nie umiem wyobrazić i niecierpliwie czekam na zdjęcia; więcej w temacie niebawem.
Dzisiaj zbiorczo kilka spraw, póki w VOR nic się nie dzieje, pierwsze dwa jachty na mecie, Franek pewnie jutro, Puma statkiem, też niebawem.
Port w Kapsztadzie, jeden z jachtów GOR na dźwigu, ale banery Volvo widać... Fot. Global Ocean Race
Tymczasem w Kapsztadzie oprócz VOR są też załogi Global Ocean Race, czyli dwuosobowych regat na jachtach 40-stopowych, etapami dookoła świata, trasą taką jak Gutek jechał w Veluxie. No i kolejne deja vu – start drugiego etapu GOR został przełożony ze względu na silny wiatr. Tak samo jak w zeszłym roku przy V5O, organizatorzy wolą poczekać niż ryzykować połamane maszty i inne problemy techniczne, o które jak wiemy nietrudno. A ponieważ floty regat nie są zbyt duże, wysypanie się jednego jachtu ze stawki sześciu (kolejna analogia) stanowi poważny problem. (Link do strony GOR: http://globaloceanrace.com/?page=news&news_id=573&lang=en.)
Z kolei ekipa Banque Populaire dowodzona przez Loicka Peyrona jedzie po rekord Juliusza Verne’a, czyli Jules Verne Trophy – w skrócie też TJV, czyli z francuska Trophee Jules Verne. Na razie pobili pierwszą czasówkę – dystans z linii startu (Ouessant) do równika pokonali w 5 dni, 14 godzin, 55 min i 10 sekund. Wciąż „wyprzedzają” przebiegi aktualnego posiadacza rekordu, trimarana Groupama 3 i Francka Cammasa. Ale w tym rekordzie nic nie jest pewne aż do samej mety. Zdarzały się przypadki, że dosłownie ostatnie dwa tysiące mil decydowały o wygranej lub porażce, a załoga po ogromnym wysiłku patrzyła potem, jak z każdą godziną prędkość jachtu spada, a upragnione trofeum wymyka się z rąk. (Trofeum zresztą liche jest i szklane, ale prestiż – bezcenny :)))); Rekord aktualny wynosi 48 dni i został pobity w zeszłym roku, ale poprzedni, z roku 2005 czekał na następcę 5 lat (zresztą w roku 2005 poprzeczkę na 50 dni ustawił Bruno Peyron, brat Loicka, na Orange II.) Dla ciekawych rekordów linka do WSSRC jest tu: http://www.sailspeedrecords.com/round-the-world-non-stop.html.
Zdjęcie z pokładu Banque Populaire / BPCE
Po rekord rusza też Roman Paszke, któremu rzecz jasna kibicujemy: http://paszke360.com. Start i meta – Las Palmas na Wyspach Kanaryjskich. Rekord do pobicia – 122 dni (Jean-Luc Van den Heede, jacht Adrien). Trasa – pod wiatr i pod prąd, ze wschodu na zachód, dookoła świata.
No i jeszcze jedna rzecz. Jak co roku, redakcja „Przeglądu Sportowego” organizuje plebiscyt na Sportowca Roku. Listę 20 kandydatur wyłania we własnym zakresie. Następnie czytelnicy i telewidzowie (piękne słowo, nieprawdaż?) głosują na 10 nazwisk. Lista wygląda tak: http://plebiscyt.przegladsportowy.pl/Nominowani,lista,1025,1.html a w kategorii „żeglarstwo” nominację otrzymali Mateusz Kusznierewicz i Dominik Życki. Osiągnięcia polskiej załogi w klasie Star są wybitne, zgadzam się. Ale nie mogę doszukać się tam nominacji dla Zosi Klepackiej, która w tym roku naprawdę daje z siebie wszystko, jeździ po świecie z małym dzieckiem, jest coraz szybsza i zgarnia coraz więcej medali – w tym np. złoty na tegorocznych Mistrzostwach Europy. Nie mogę też doszukać się nominacji dla Gutka, który zrobił to, co zrobił, a o czym pisałam tu w zeszłym roku i w tym również. Krzysztof Olejnik z Magazynu „Wiatr” (www.magazynwiatr.pl) podsumował to na Facebooku tak:
„Mateusz Kusznierewicz i Dominik Życki, tegoroczni wicemistrzowie Europy w klasie Star, zostali nominowani w Plebiscycie na 10 Najlepszych Sportowców Polski. Gratulujemy chłopakom i trzymamy za nich kciuki, ale jednocześnie pytamy kolegów z Przeglądu Sportowego: a gdzie jest Zośka Noceti-Klepacka, tegoroczna mistrzyni Europy w klasie RS:X i zdobywczyni złotego medalu w regatach przedolimpijskich? A gdzie jest Piotr Myszka, mistrz Europy. A gdzie jest – do diabła – Gutek który samotnie opłynął świat w regatach Velux 5 Oceans? „.
Reakcja Zosi Klepackiej jest fantastyczna: „SPOKO nie ma co sie spinać!!! Nasze wyniki jeszcze zostaną docenione, jak nie tu to tam w niebie…..”.
Mateusz Kusznierewicz też zachował się jak na mistrza przystało: „Właśnie się dowiedziałem, że zostaliśmy nominowani z Dominikiem do plebiscytu Przeglądu Sportowego na najlepszego polskiego sportowca. Miło nam, bo mamy na koncie w tym roku sporo sukcesów, a przed nami jeszcze Mistrzostwa Świata, już za 2 tygodnie, gdzie celujemy bardzo wysoko. Dziękuję, ale wydaje mi się, że zapomniano o trzech innych polskich żeglarzach z jeszcze większymi sukcesami w tym sezonie niż my. Mam na myśli Zosię Klepacką i Piotrka Myszkę (Mistrzowie Europy) oraz Zbyszka ‚Gutka’ Gutkowskiego który zajął 2 miejsce w regatach samotników dookoła Świata! To im należą się największe brawa i wyróżnienia.”
Zawodnicy pokazali klasę, której w tym przypadku zabrakło mediom, w dodatku sportowym – bo nie chcę myśleć, że zabrakło świadomości dokonań Polaków na akwenach całego świata.
W ramach przerywnika pomiędzy regatowymi emocjami, nadeszła korespondencja od Andrzeja Piotrowskiego (Chicago) który chwilowo przebywa w Cabo San Lucas Marina (Meksyk) na pokładzie jachtu „Husaria”, w drodze na brytyjskie Wyspy Dziewicze. Tam wyznaczono spotkanie w ramach Wagner Rally 2012, czyli zlotu polskich i polonijnych jachtów dla uczczenia 100-lecia urodzin, 80-lecia rozpoczęcia rejsu dookoła świata i 20-lecia śmierci Władysława Wagnera, pierwszego Polaka, który opłynął kulę ziemską.
Na miejscu odbędzie się też ceremonia odsłonięcia postumentu poświęconego tej niezwykłej postaci. Mają stawić się jachty z całego świata z żeglarzami polonijnymi oraz ekipy z Polski. Andrzej jest bardzo zaangażowany w organizację tego przedsięwzięcia. Kilka jego tekstów poświęconych Wagnerowi postaram się tu opublikować w najbliższym czasie, bo warto o nim przypomnieć.
Strona jachtu Husaria to www.yachthusaria.com, bardzo fajna, zapraszamy do oglądania. Autora nie znam, ale skoro Andrzej poleca, polecam i ja. Andrzeju, stopy wody i wiatru w rufę!
Na pokładzie HUSARII - fot. A.Piotrowski (a w czapce z Velux5Oceans chyba Irek Zubko?)
Wczoraj około godziny 1500 UTC, czyli 1700 polskiego czasu, w odległości 2150 Mm od mety w Kapsztadzie, na pokładzie jachtu PUMA złamał się maszt. Jak relacjonuje kapitan Ken Read, nie było dużej fali, prędkość wiatru wynosiła około 23 węzłów, kurs jachtu około 110 do wiatru. Załoga odzyskała z wody co się dało (przede wszystkim żagle), postawiła takielunek awaryjny i wczoraj zmierzała w stronę wyspy Tristan da Cunha (do której mają ok. 700 mil). Według Gutka, te 700 mil przy panujących i prognozowanych warunkach pogodowych mogliby płynąć nawet tydzień, a perspektywy uzyskania fachowej pomocy na wyspie są niewielkie. Zespół jednak nie chciał wycofywać się z wyścigu, mając na uwadze punkty, które można dostać również za czwartą lokatę, więc nie włączał silnika.
Wiadomo jednak było, że będzie to desperacki wyścig z czasem – bo trzeba zdążyć do Cape Town przed startem kolejnego etapu (10 grudnia). Dziś rano decyzja – PUMA jednak się wycofała. Po oszacowaniu szans – lepiej zrezygnować z tego etapu i zdążyć zamontować nowy maszt niż ryzykować kolejny etap wyścigu. A czasu i tak jest mało, nawet przy założeniu, że kiedy jacht dopłynie do celu, na miejscu będzie już czekał nowy maszt.
Pytam więc Gutka, teoretycznie, jakie mogą być przyczyny katastrofy, i czy przypadkiem to nie jest tak, że jacht, prowadzony cały czas na granicy swoich możliwości technicznych, nie wytrzymał obciążeń. Gutek przyznaje, że ten rejon, gdzie zdarzył się wypadek, kusi do rozwijania wysokich prędkości – płaska woda, silny wiatr – sam jechał jak twierdzi, powyżej 100 procent możliwości „Operon Racing”, a przebiegi dobowe były w granicach 370 mil. Jednak jachty VOR są projektowane – a przynajmniej powinny być – do trudnej i szybkiej żeglugi w wymagających warunkach. Powinny być bardzo mocne. (Nie da się nie zauważyć, że Operon, stary i ciężki, zrobił kolejne kółko dookoła świata w swojej karierze, wprawdzie nie bez awarii, ale solidny jest bardzo. A tu trzy nowe łódki wysypują się w pierwszym etapie regat, w których czas przygotowania wynosi cztery lata, a budżety są z kosmosu.)
Co mogło być więc przyczyną awarii – zastanawiamy się czysto spekulacyjnie. Jedyne co przychodzi do głowy to niezauważona wada materiału węglowego, z którego zrobiony jest maszt. Choć przy tej skali budżetu jesteśmy zgodni, że powinno to być sprawdzone, i to nie jeden, a kilka razy. I prawdopodobnie było.
Pozostaje jeszcze jedna rzecz, czyli „czynnik ludzki”. Bardzo bliskie pojedynki z Telefoniką. Różnice o kilka mil i zmiany na prowadzeniu. Taka rywalizacja nakręca, mobilizuje do coraz większego wysiłku i coraz większych prędkości. Nikt oczywiście tego nie przyzna. Ale Gutek sam mówi, że w zeszłym roku, właśnie przed Kapsztadem, kiedy doganiał Brada Van Liewa, ścigając się z nim o pierwsze miejsce w pierwszym etapie Velux 5 Oceans, wiedział, że ryzykuje, i rozwijał bardzo duże prędkości. Finałem ryzyka była utrata żagla i miejsce drugie, zamiast pierwszego. Obaj panowie później przyznawali zgodnie, że dawali z siebie wszystko, a ryzyko rosło. Takie są regaty.
No i jeszcze jedna sprawa, o której wszyscy myślą, ale nikt nie mówi głośno. Ale kolega nasz australijski Nick Moloney, który ma za sobą sporo różnych regat, w tym Vendee Globe, nieukończone z powodu awarii kila, pisze wprost: „Czy projektanci, producenci i inżynierowie w ten sposób chcą niszczyć ten sport i odstraszać sponsorów? Czy są w stanie wziąć odpowiedzialność za swoje błędy? Nie wystarczy podstawienie nowego masztu za friko! Pamiętam czasy, kiedy to ludzie się poddawali, a nie jachty … bo jachty były projektowane dużo mocniej. Od czasu mojej awarii w Vendee Globe minęło już kilka lat, a do dziś nie usłyszałem żadnego słowa wyjaśnienia ani od producenta, ani od projektanta, ani od inżyniera; Po tym, jak trzeciego dnia regat zgłosiłem im problem, usłyszałem odpowiedź, że tym jachtem to mogę spokojnie wjechać na mieliznę przy 20 węzłach prędkości, a kil to wytrzyma …”.
Kil nie wytrzymał i odpadł, na 5 tys mil przed metą, czyli po 3/4 trasy. A jacht był sprawdzony, bo Skandia to był ex-Kingfisher Ellen MacArthur … więc żeglarstwo to również kwestia szczęścia.</p