TELEFONICA znowu w czubie

fot. Diego Fructuoso/Team Telefonica/Volvo Ocean Race

Dzisiaj kolejny dzień z Telefonicą na prowadzeniu. Ale Puma zaledwie kilka mil z tyłu. Oba jachty płyną bardzo równo – ale są to bardzo podobne jednostki, w dodatku zaprojektowane przez tego samego człowieka – Juana K. (Kouyoumdjiana). Obie załogi są równie dobre, no i wygląda na to, że jeżeli nic się nie zmieni, będzie bardzo bliski finisz w Kapsztadzie.

Jak pisze w mailu z pokładu Amory Ross (media-załogant, Telefonica) – 16 dni na wodzie, przy ograniczonym dostępie do internetu (zaledwie trzy osoby mają prawo do wysyłania maili na jacht i przez nie przechodzi cała prywatna korespondencja załogi) powoduje znaczące odcięcie od informacji, jakie podają codzienne serwisy. Na pokład docierają urywki, przesłane przez rodziny (w tym dla Amerykanów wyniki ligi hokeja i futbolu, dla Nowozelandczyków – rugby). Brak „newsów” w dzisiejszym świecie to rzecz niezwykła, prawda? Ale Amory podkreśla, że zostawienie pędu dnia codziennego za sobą jest jednym z plusów rejsu dookoła świata. Poza tym na pokładzie trochę się ponoć nudzą, bo jadą jednym halsem trzecią dobę, więc rozrywką jest posiłek czy zmiana żagli oraz niewyczerpane „morskie opowieści.”

Przed flotą teraz strefa silnego wiatru – może będzie jakiś rekord prędkości?

Nowy król Open 60

Chłopaki na mecie w Puerto Limon. fot. Alexis Courcoux / Transat Jacques Vabre

Wielki triumf Jean-Pierre’a Dicka na pokładzie Virbac-Paprec 3, najszybszego chyba obecnie i najlepszego jachtu w klasie IMOCA 60. Dzisiaj rano, o godzinie 08.15 UTC (10.15 naszego czasu) „niebieska strzała” znalazła się na mecie jednego z ważniejszych wyścigów w tegorocznym kalendarzu regatowym – Transat Jacques Vabre. (Przez Atlantyk, dwuosobowo, z Le Havre we Francji do Puerto Limon, Kostaryka.)

Francuzi ustanowili nowy rekord tych regat, poprawiając wynik z roku 2009 o godzinę i siedem minut (czas trasy: 15 dni, 18h,15m, teoretyczna długość trasy 4730Mm, średnia prędkość 12.5w.) Dla JP Dicka to trzecie z kolei zwycięstwo w tej imprezie (2003 w parze z Nicolasem Abiven, w 2005 z Loikiem Peyronem). Dwa razy też wygrywał Barcelona World Race, regaty rozgrywane również w dwuosobowej formule – w tym roku również do spółki z Peyronem (poprzednio, w 2008, z Damienem Foxallem). Dicka media żeglarskie obwołują właśnie „królem IMOCA Open 60”.
Dle Jeremie Beyou to pierwsze poważne zwycięstwo w Open 60, choć nazwisko jest znane, a Beyou w tym roku przypomniał o swoim istnieniu wygraną w Solitaire du Figaro, wyścigu we Francji kultowym.

Virbac-Paprec płynął trudną, ale najszybszą jak się okazało trasą, wybierając trzymanie się z niżem zamiast szukanie schronienia. Nic nie zepsuli, idealnie rozegrali pogodowe szachy. No i voila!

 fot. Alexis Courcoux / Transat Jacques Vabre

W klasie Open 60 startowało 13 jachtów, z czego na trasie pozostaje 9. Największą sensacją było wycofanie się jednego z „pewniaków”, zawsze idealnie przygotowanego Bernarda Stamma (Cheminees Poujoulat), którego wraz ze współzałogantem z jachtu zdjemował helikopter.
Następny w kolejności na mecie powinien być HUGO BOSS (Alex Thomson/Guillermo Altadill), ktory płynął 100 mil za liderem, a dalej BANQUE POPULAIRE (Armel Le Cléac’h/Christopher Pratt), ok. 100 mil za nimi. Prawdopodobnie wszystkie jachty z klasy Open 60 dopłyną dzisiaj, ostatni, GAMESA (Mike Golding/Bruno Dubois) pewnie w nocy.

Przypomnijmy, że ten wyścig to dla niektórych był ważny test sprzętu przed przyszłorocznymi regatami Vendee Globe, a z 13 jachtów które były zgłoszone do startu w TJV 11 jest zgłoszonych do VG.

A kim był Jacques Vabre?
Wnukiem założyciela firmy (1921-1997). Dziś jego nazwisko to marka kawy, a firma jest członkiem amerykańskiej grupy spożywczej Kraft Foods. W roku 1968 francuska firma jako pierwsza wypuściła na francuski rynek kawę mieloną pakowaną próżniowo. Od lat angażuje się w sponsoring imprez żeglarskich.

Strona organizatora: http://www.transat-jacques-vabre.com

„Indestructible” Radek na pokładzie Mini 790 CALBUD


zdjęcie ze strony organizatora, fot. P.Garenne/GPO

 Organizatorzy regat La Charente-Maritime/Bahia Transat 6.50 nazwali Radka Kowalczyka „indestructible” czyli niezniszczalnym. W międzynarodowym towarzystwie żeglarzy klasy Mini Polak znalazł niewątpliwie swoje miejsce.

„Radek, tu est un Ministe maintenant” – czyli „Teraz jesteś prawdziwym żeglarzem klasy Mini” – napisał jeden z francuskich kibiców Kowalczyka w jednym z portali społecznościowych. To ogromne uznanie. Zarówno kibice, jak i współzawodnicy oraz organizatorzy docenili postawę Polaka i jego upór. Nie miał łatwo ani w pierwszym etapie ani w drugim, ale walczył do końca, mimo tego, że czasami zamykał stawkę, a kolejni zawodnicy wycofywali się jeden po drugim.

W pierwszym etapie z La Rochelle we Francji do Funchal na Maderze Radek miał kolizję – najprawdopodobniej z wielorybem – co zaskutkowało uszkodzeniem kila i koniecznością postoju technicznego w Portugalii, przez co stracił kilka dni. Jednak naprawił jacht i wrócił na trasę. Dopłynął do mety etapu wieczorem w przeddzień startu drugiego etapu i wyruszył w drogę do Brazylii razem z całą stawką. W okolicach Wysp Zielonego Przylądka miał awarię generatora, musiał więc ponownie zawinąć do portu. Następnego dnia wyruszył dalej.

Kowalczyk zajął w klasyfikacji generalnej 26 miejsce na 26 jachtów sklasyfikowanych w kategorii prototypów (w klasie jednostek seryjnych wyścig ukończyły 33 jachty). Czas Polaka w klasyfikacji generalnej regat to 38 dni, 1 godzina, 51 minut i 8 sekund, a łączna trasa którą pokonał jego jacht miała długość 4749 mil morskich. Na 79 zawodników startujących z La Rochelle regaty ukończyło zaledwie 59. Radek Kowalczyk mówi, że zrealizował swój cel – dopłynął do mety tych arcytrudnych regat, zbierając po drodze doświadczenie, którego nie da się nabyć w żaden inny sposób. I chętnie popłynąłby jeszcze raz. Regaty Mini Transat rozgrywane są co dwa lata.

Jacht 790 CALBUD powróci do Europy statkiem pod koniec miesiąca.

http://www.charentemaritime-bahia.transat650.net/fr/actus/1200/radek-l-indestructible.html


VOR – co będzie dalej ?

fot. Amory Ross/PUMA Ocean Racing/Volvo Ocean Race

 

Gutek po analizie dostępnych informacji pogodowych mówi, że jak na razie nie należy oczekiwać zbyt wielkich zmian na trasie. Wszystkie jachty planują przejście strefy okołorównikowej mniej więcej w tej samej okolicy. Możliwe są jakieś zmiany w czołówce, bo tam odległości między poszczególnymi jednostkami są niewielkie – Puma i Telefonica są zaledwie kilka mil od siebie. Camper i Groupama za nimi, mogą nadrobić trochę dystansu, ale to wszystko. Jeżeli liderzy utrzymają tempo, mogą załapać się na „korzystniejszy” pasat, co jednak nie oznacza wcale końca rozgrywki.

Poważniejsze ruchy taktyczne będą możliwe do rozegrania na frontach pogodowych za strefą pasatu południowego oraz – podobnie – w okolicach wyspy św. Heleny (tam znajduje się układ wyżowy, zmieniający swoje położenie i umiejętna żegluga może się bardzo opłacić). Pierwsze jachty nie mają wyboru i muszą płynąć optymalnie według tego, jak budują się warunki pogodowe na trasie. Ale ci, którzy są z tyłu, wcale nie są na straconej pozycji, bo za liderami może zbudować się kolejny układ, inny od poprzednich, korzystniejszy, który może pozwolić na „pójście skrótem” i odzyskanie straconych mil.

„W tych okolicach żegluga nie jest trudna, bo nie ma dużej fali, za to jest silny wiatr. Można nawet próbować bicia rekordu prędkości – mówi Gutek. „Opcja skrótu jest jak najbardziej realna” – dodaje. „W poprzedniej edycji VOR właśnie tak było, tak samo było w Bracelona World Race i w moim Velux 5 Oceans. Więc jeszcze wszystko może się wydarzyć. A tym, którzy pytają, dlaczego jachty są pod Brazylią, skoro płyną do Kapsztadu, odpowiadam, że instrukcja regat nakazuje minięcie lewą burtą wysp archipelagu Fernando de Noronha. Dopiero stamtąd flota VOR może kierować się prosto – na ile się da – do mety”.

Bohater dnia: Radek Kowalczyk :)


 

 

Radek już na mecie, cieszy się bardzo. Ale z całej rozmowy telefonicznej najbardziej podobało mi się o życiu pod stołem.

Radek, raz jeszcze gratulacje !

 

Trzeci Polak w historii tych regat, kiedyś znanych jako Mini Transat, dziś rano, o godzinie 06.53 polskiego czasu przekroczył linię mety w brazylijskim porcie Salvador de Bahia.

Trzydziestosześcioletni szczecinianin z YKP Świnoujście zrealizował marzenie życia i jest trzecim, po Kazimierzu Kubie Jaworskim (1977) i Jarosławie Kaczorowskim (2007), żeglarzem z naszego kraju, któremu udał się ten wyczyn.

„Było długo, ciężko i trudno, a czasami bardzo niefajnie” – mówi Radek. „Ale nie mam wątpliwości, że było warto, choć świetnie jest być już na miejscu. Przez ostatnie dni marzyłem o czymkolwiek, co nie jest liofilizą, o pomidorach, o jabłkach … Smaku powitalnej calpirinhii nie potrafię opisać, to było coś cudownego.”

„Zrealizowałem swoje marzenie, włożyłem w to sześć lat ciężkiej pracy. Ale do samego końca nie wiedziałem, czy się uda, choć przez ostatnią dobę powtarzałem sobie, że musi się udać, musi, skoro dopłynąłem już tak daleko, że zrobię wszystko, żeby dojechać. Jakieś 20 mil przed metą zaczęło ostro wiać, na tyle ostro, że płynąłem maksymalnie zarefowany i zaczynałem bać się, czy łódka to wytrzyma po wszystkich wcześniejszych przygodach. Do tego ogromna fala i deszcz taki, że nic nie widać, właściwie pod samym brzegiem. Potem wiatr nagle zniknął. Zarefowany, kołysałem się na falach w strugach deszczu i nie widziałem, gdzie jest meta, chociaż była już blisko … Ale udało się!”

Regaty samotnych żeglarzy na jachtach o długości 6,5 metra przez Ocean Atlantycki z Francji do Brazylii to jedno z największych wyzwań sportowych. Ponad miesiąc na morzu, na miniaturowej łódeczce, bez większości „oczywistych” zdobyczy współczesnej technologii takich jak telefon satelitarny czy mapy elektroniczne oraz komputer z aktualizowaną na bieżąco prognozą pogody… Samo ukończenie ich wymaga niezwykłej determinacji oraz wytrzymałości fizycznej – poza czysto żeglarskimi umiejętnościami.

„Życie na takim jachcie to jak siedzenie pod stołem” – mówi Kowalczyk. „Półtora metra szeroko, metr długo, metr trzydzieści nad głową. Można tak siedzieć przez dwie godziny, ale czterdzieści dni to trochę długo. Zagotowanie wody i nie wylanie jej jest takim wyczynem, że nawet jeżeli jedzenie smakuje jak trociny, zjadasz je, żeby nie gotować wody po raz kolejny.”

„Najtrudniejsze jest chyba to, że nie można z nikim porozmawiać. Nie można zadzwonić i powiedzieć „stoję drugi dzień bez wiatru, jest OK, nie martwcie się”. Nie ma żadnej prognozy pogody. Z każdą awarią trzeba poradzić sobie samemu, nie mogę poprosić serwisu o pomoc w naprawie urządzenia, które się zepsuło, nie mam żadnych informacji, jestem zdany tylko na siebie. Nie jest łatwo. Tym bardziej się cieszę, że już jestem w porcie.”

Kowalczyk jeszcze przed startem z la Rochelle 25 września deklarował, że jego głównym celem w tych regatach jest dotarcie do mety i zdobycie po drodze wszelkich możliwych doświadczeń. To udało się zrealizować w stu procentach – miał po drodze awarię kila i generatora prądu oraz kilka pomniejszych kłopotów, które jednak nie zniechęciły go absolutnie – Polak ani przez chwilę nie rozważał wycofania się z wyścigu.

Do portu etapowego Funchal na Maderze wpłynął jako ostatni, gdyż konieczność naprawy kila kosztowała go dwa dni przymusowego postoju w Portugalii. Po dotarciu do mety i zaledwie kilku godzinach odpoczynku oraz przejściu badań lekarskich, a także poddaniu jachtu drobiazgowej kontroli technicznej, wyruszył na trasę razem ze wszystkimi, choć komisja regat zezwalała na dłuższy odpoczynek.

Kolejny przystanek musiał zrobić w porcie Mindelo na Wyspach Zielonego Przylądka, gdzie naprawiał generator prądu. W tym czasie z regat wycofało się bardzo wiele jachtów, głównie z powodów technicznych. Łamały się maszty, psuła się elektronika, kadłuby nabierały wody po zderzeniach z niezidentyfikowanymi obiektami pływającymi a wyczerpani ludzie nie mieli siły na dalsze zmagania z żywiołami.

Z 79 jednostek na linii startu pierwszego etapu do mety w Brazylii dotarło zaledwie 59, co świadczy o stopniu trudności tej imprezy.

Radek Kowalczyk (26 miejsce w klasie Proto), oraz Turek Tolga Pamir (33 pozycja w klasie jachtów seryjnych), który przypłynął 16 minut po Radku, byli ostatnimi, którzy przekroczyli dziś linię mety, oficjalnie zamykając stawkę 18 edycji regat La Charente-Maritime/Bahia Transat 6.50. Klasyfikacja końcowa zostanie podana po przeliczeniu czasów wszystkich zawodników z obu etapów wyścigu.

Jacht 790 CALBUD to konstrukcja typu Didi Mini MK1 zbudowana według dokumentacji projektowej DixDesign w polskiej stoczni Jawa Yachts. Ma długość 6.50m, szerokość 3.00m, zanurzenie 2.00m, masę ok. 1 tony, wysokość od balastu do topu masztu 14m, powierzchnię żagli na wiatr 43 m2, z wiatrem 130 m2.

 

Start Radka Kowalczyka w regatach La Charente-Maritime/Bahia Transat 6.50 Mini Transat był możliwy dzięki wsparciu licznych firm i instytucji. Radek dziękuje bardzo sponsorowi głównemu projektu, firmie CALBUD oraz Miastu Szczecin-Floating Garden, a także firmom, Extra Dach, Eljacht, Raft-Service, Smart, JawaYachts, Sailbook, Sailmedia, Ster, Mantra, AST, HenriLloyd, Sail Servis, Raft Servis, Takielunek, a także członkom Klubu Żeglarzy Samotników w Szczecinie oraz Yacht Klub Polski w Świnoujściu za pomoc w realizacji tego wyjątkowo ambitnego przedsięwzięcia.