TAKA SOBIE NIEDZIELA W WELLINGTON

Teraz wiem dlaczego kalosze to „wellingtons” … leje, wieje i zimno; Niektórzy jednak ćwiczyli match racing przy główkach portu. Generalnie pogoda jak jesienią nad Bałtykiem. Ale ma być lepiej. CSM pojawi się chyba jutro koło południa. Jak przestanie lać będzie można znowu pójść na łódkę.

PRACA W TOKU

Łódka po etapie przechodzi kompletny przegląd. Wczoraj rozpoczęło się układanie kabli od nowego systemu autopilota – Raymarine, dostarczonego przez jednego ze sponsorów Gutka, firmę Eljacht. System NKE, który stwarzał tyle kłopotów został wyjęty – razem z czujnikami masztowymi i siłownikami steru. Na jego miejsce kładziony jest od zera system NKE od Brada Van Liewa. Raymarine już prawie położony. Będzie w poniedziałek miejscowy specjalista od elektroniki Raymarine jako konsultant. Brad jak się okazało jest naprawdę dobrym specjalistą i sporo pomógł póki co. Oczywiście wszystkie te systemy będą jeszcze kalibrowane na wodzie – jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, serwis łódki powinien się zakończyć na początku przyszłego tygodnia. (Tu jest narodowe święto w poniedziałek, więc może się to trochę opóźnić – długi weekend.) Potem będzie wyjście na wodę żeby poustawiać elektronikę.

Dzisiaj był przegląd masztu – szyna grota, czujniki na górze, mocowania etc. Sama szyna to jakieś 800 śrubek …

Żagle – grot i oba genakery, duży i frakcyjny (frakcyjny to żagiel uszyty na zamówienie Gutka i według jego wskazówek – mniejszy i prostszy w obsłudze) pojechały do Oakland do serwisu, żeby przed trzecim etapem przez Horn nie było żadnych wątpliwości.

W Wellington wieje cały czas jak w przysłowiowym kieleckim na dworcu – co pracy na maszcie nie ułatwia.

NO I JESTEM

Witam wszystkich bardzo, bardzo dziękuję za wszystkie komentarze. Równo 48 godzin na lotniskach, potem byle dotrwać do wieczora żeby całkiem nie pomieszać stref czasowych. Różnica jest równo 12 godzin … Zdecydować się na to dla przyjemności – duża odwaga moim zdaniem.

Praca na łódce już się zaczęła. Wczoraj przyleciał zaginiony w drodze jeden z bagaży a w nim sprzęt do zamontowania – nowy system autopilota Raymarine. Po założeniu wszystkiego będą w sumie trzy, co powinno dać Gutkowi komfort psychiczny oraz fizyczny, czyli możliwość przełączenia systemu gdyby coś było nie tak.  (Naprawiony NKE, nowy Raymarine i poprzedni Raymarine podłączony za pomocą specjalnego adaptera do czujników NKE). Wciąż trwają próby ustalenia co naprawdę dolega temu NKE – po dopłynięciu do portu zanikł na dobre. Brad Van Liew miał taki sam na łódce – który położył własnymi rękoma, więc ma kilka koncepcji dlaczego to nie działa, które po kolei są sprawdzane. Ma też różne części zapasowe.

Ja wciąż jeszcze nie do końca się odnajduję w tutejszej rzeczywistości – podobno po kilku dniach ten stan przechodzi. Dziś nagrywamy z Gutkiem wywiad dla angielskiej TV. Fragmenty postaram się wrzucić na stronę. Tyle w skrócie …

A JUŻ NIEBAWEM… będziemy w Wellington

Bardzo się cieszę z dużej ilości wpisów i pomysłów oraz pytań. A teraz niespodzianka – jadę do Wellington jutro (to trochę potrwa) – ale w związku z tym w przeciwieństwie do Kapsztadu będę na miejscu aż do startu. Będę oglądać Operona, będę pytać o nowe sprzęty, o bieżące naprawy, o wszystko.  Będę robić zdjęcia i jeszcze dużo innych rzeczy. Mam też sporo pytań do Gutka o różne sprawy – postaram się wrzucać jak najwięcej i tutaj i na główną stronę.

Bardzo mnie ten wyjazd zaskoczył, bo nie było go w planie, no ale chyba spełniło się Gwiazdkowe życzenie-marzenie. Często życzymy komuś spełnienia marzeń – a tu proszę :) Ciekawe …

Tak więc trzymajcie kciuki żeby lotniska działały – odezwę się jak dotrę.

MJ

GUTEK: "2 razy w nocy nie wiedziałem, gdzie góra a gdzie dół …"

Foto Ainhoa Sanchez

MJ: Gratulacje!
ZG: Bardzo się cieszę, że dojechałem w całości i że nic się ni popsuło na jachcie przez ten samoster, z którym miałem cały czas problemy, co narażało moje życie i jacht. No i jestem zadowolony, że tak szybko przypłynąłem po Bradzie, bo on nawet nie zdążył się dobrze wyspać, a już przyszedł mnie odwiedzić. Sporo ludzi nas przywitało, przyjemnie, nie wiem, co więcej powiedzieć, jestem strasznie zmęczony, dwa dni nie spałem.
MJ: Czy wciąż podoba ci się samotne żeglarstwo?
ZG: Powoli przestaje mi się podobać. Jak sobie wyobrazisz takie problemy na środku oceanu spowodowane przez urządzenie elektroniczne to się odechciewa wszystkiego. Po raz pierwszy w życiu się bałem, więc dostałem mocno w kość na tym etapie. Nie chodzi nawet o sztormy, które były aż 3, wiec trochę dużo jak na jeden etap, ale o elektronikę – jak to nie działa dobrze, to się nie da płynąć.
MJ: Płynąłeś trasą alternatywną, czy to była dobra decyzja?
ZG: Uważam, że bardzo dobra. Ze sprawnym autopilotem byłbym tu 5-6 godzin wcześniej. Ciężko gdybać, ale miałem sporą stratę, a dogoniłem Brada prawie na żyletkę.
MJ: Co było najtrudniejsze?
ZG: Całość tarapatów z samosterem, to była absolutnie najważniejsza rzecz.
MJ: Najpiękniejszy moment?
ZG: Sam nie wiem. Dużo fajnych rzeczy. Dwa razy były delfiny, jeden dzień ładnej pogody, a bardzo się ucieszyłem, kiedy udało mi się uciec Darkowi i wiedziałem, że on nie jest w stanie mnie dłużej śledzić. Ten etap trwał kilka dni za długo, można było być wcześniej, ale najpierw start się opóźnił bo był sztorm a potem kilka dni bez wiatru na Oceanie Południowym.
MJ: Lubisz Ocean Południowy?
ZG: Do tej pory lubiłem, dopóki nie wystraszyłem się tak bardzo jak tym razem, bo 2 razy w nocy nie wiedziałem, gdzie góra a gdzie dół, bo byłem przyklejony do wody. Także moje wyobrażenie o tym rejonie trochę się zmieniło, bo tu jest jednak bardzo niebezpiecznie. Trzeba być dobrze przygotowanym i wiedzieć, co cię może spotkać. Natura jest nieprzewidywalna i potem można się tylko jej podporządkować.