W niedzielę rusza Mini Transat!

 

Radek Kowalczyk w trakcie testów przed startem - fot. Tomasz Starmach

Radek Kowalczyk trzecim Polakiem w historii tych niezwykłych regat.

 

Organizator każdych poważnych regat na świecie twierdzi, że są najtrudniejsze, ale w przypadku Mini Transat (właściwa nazwa to Charente-Maritime/Bahia Transat 6.50) jest to prawdziwe, choć trasa wiedzie „tylko” przez Atlantyk, z Francji (La Rochelle) do Brazylii (Salvador de Bahia). Na łódce o długości 6,5 metra płynie się mniej więcej miesiąc. „Salon” jest wprawdzie z widokiem na morze, ale połączony z sypialnią, kuchnią, biurem i łazienką, przez co wilgotny i raczej mało komfortowy, a jego wymiary to ok. 3 x 4m.

 

Przepisy mówią, że jacht opuszczający port startu musi być w pełni niezależny. To znaczy, że zawodnik musi być w stanie stawić czoła każdej sytuacji i dotrzeć do portu o własnych siłach. Konsultacja meteorologiczna, czyli tzw. routing pogodowy, jest niedozwolona w trakcie regat i każdy z zawodników podpisuje przed startem oświadczenie, w którym zobowiązuje się przestrzegać tej zasady. W przeciwieństwie do wielu innych wyścigów, tutaj niedozwolone jest też prowadzenie nawigacji elektronicznej lub wspomaganej komputerem. Jacht musi mieć radio UKF, ale użycie go w celu uzyskania wsparcia innego niż medyczne jest zabronione. Łódź musi też być w stanie podnieść się samodzielnie z przechyłu 110° (czyli z pozycji, gdzie maszt i część powierzchni żagli znajduje się pod wodą) przy zawieszonym na topie obciążniku ważącym 45 kg.

 

Być śmiałkiem dobrowolnie wyruszającym w taką podróż nie wystarczy. Trzeba udowodnić, że się umie żeglować. Para złożona z jachtu i żeglarza musi się zakwalifikować – przepłynąć razem minimum 2000 Mm, w tym 1000 Mm w regatach, co najmniej jednych samotnych i jednych co najmniej 500-milowych. Oprócz tego 1000 mil w trybie treningu nie-regatowego. Radek Kowalczyk zajął w tym sezonie 9 miejsce w regatach Grand Prix Italia (540 Mm), piąte w regatach Fastnet (565 Mm) i 11 w Transgascogne (660 Mm) oraz odbył liczący 1000 mil samotny rejs kwalifikacyjny. W sumie przepłynął w tym roku na swoim jachcie CALBUD 3600 mil, a samochodem z przyczepą i jachtem przejechał po Europie w tym roku 11 000 kilometrów.

 

Jest to dla nas zaszczyt, że możemy uhonorować Twoje osiągnięcie, niezwykłe w całej historii regat Mini Transat i zakwalifikować cię do tych regat ” – usłyszałem od Prezydenta Klasy Mini Oliviera Avram – mówi Radek. „Powiedział, że zrobiliśmy w tym roku taką trasę na kołach i pod żaglami, że nie mogło być inaczej. Mówię „my”, bo na start samotnego żeglarza pracuje cały zespół, bez którego taki start po prostu nie mógłby się odbyć.”

 

W klasie jachtów seryjnych wszystko jest teoretycznie proste, bo łódki są prawie identyczne, ale ponieważ Radek mierzył wyżej, zbudował swoją łódkę sam, według przepisów klasy Mini – więc znalazł się w klasie prototypów, obok jednostek dysponujących ogromnymi budżetami i będącymi poligonem testowym dla różnego typu nowatorskich rozwiązań. To jak Formuła 1, z tym wyjątkiem, że na oceanie. „Dotarcie do Brazylii na tak małym jachcie to ogromny sukces,  a zebrane po drodze doświadczenia pozwolą na start w kolejnej edycji tych regat” – tak Radek definiuje swój cel. Regaty Mini Transat do przepustka do profesjonalnej kariery – zaczynali tutaj między innymi Isabelle Autissier, Ellen MacArthur czy Bernard Stamm, dziś znani wszystkim w regatowym świecie.

 

Transatlantycką trasę pokonuje się w dwóch etapach – pierwszy liczy 1100 Mm i prowadzi z Francji na portugalską Maderę, a drugi z Madery bezpośrednio do Salvador de Bahia w Brazylii – 3100 Mm. W pierwszym porcie zawodnicy powinni znaleźć się na początku października, choć nie jednocześnie, bo flota liczy w tym roku 80 jachtów, a odległości między nimi mogą być spore. Start drugiego etapu zaplanowano na 13 października. W Brazylii żeglarze powinni zameldować się w pierwszych tygodniach listopada. Tegoroczna trasa, w sumie 4200 Nm jest najdłuższą w historii tych regat. Radek Kowalczyk jest trzecim z kolei Polakiem, po Kubie Jaworskim (1977, jacht SPANIELEK) i Jarku Kaczorowskim (2007, ALLIANZ) biorącym udział w tym wyścigu.

 

Trzymajmy kciuki!

fot. Tomasz Starmach

 

Poniżej zapis wczorajszego wywiadu z Radkiem, o tym co wie, i czego jeszcze nie wie, a tymczasem kończy przygotowania jachtu w La Rochelle – tym samym porcie z którego ruszał Gutek.

 

MJ: Jak możesz scharakteryzować żeglugę na Mini?

 

RK: Na tym jachcie żegluje się bardzo trudno, trudne jest samo przetrwanie na pokładzie. Jacht jest zalewany bez przerwy strumieniem wody, po kilkunastu godzinach jest się kompletnie przemoczonym. W kabinie nie da się stanąć, mieszczą się tam jedynie żagle i rzeczy absolutnie niezbędne.

 

MJ: Co jest w tego rodzaju żeglarstwie najtrudniejsze, a co najprostsze?

 

RK: Najtrudniejsze jest przetrwanie na pokładzie, najprostszego nie ma nic. Codziennie stajesz sam przed tysiącem spraw do przezwyciężenia – poczynając od możliwych wypadków, a kończąc na uszkodzonym sprzęcie. Do tego dochodzi nawigacja, zapewnienie bezpieczeństwa, zdobycie prognozy pogody, ustalenie właściwej strategii, wypoczynek – czyli krótkie, piętnastominutowe drzemki przez cały czas trwania rejsu i ciągła fizyczna praca przy zmianie żagli. To jak siłownia 24 godziny na dobę.

 

MJ: Samotność w przypadku tych regat jest wyjątkowo dojmująca – prawie miesiąc czasu bez kontaktu z rodziną, bez maila, telefonu … jesteś na to przygotowany?

 

RK: Nie wiem. Jest to największa zagadka w tym rejsie. Wierzę, że dam radę, aczkolwiek nie wyobrażam sobie miesiąca bez słowa.

 

MJ: Jak sobie radzisz ze snem?

 

RK: Śpię jednorazowo po 15 minut, ponieważ bezpieczeństwo przede wszystkim, a 15 minut wystarczy, aby na kursie kolizyjnym doszło do nieszczęścia. Jacht jest tak mały, że może być niewidoczny dla statku. Długo się tego uczyłem spania po 15 minut, nie było łatwo, ale już daję radę, ponieważ jest to konieczne.

 

MJ: Jak wyglądają kwestie bezpieczeństwa – czy w przypadku (odpukać) poważnych kłopotów możesz liczyć na pomoc? Jakie są procedury wzywania pomocy, kontaktu z lądem?

 

RK: Nie wolno nam się kontaktować z lądem, nie mamy komputerów, telefonów, ani Internetu. Jedynym urządzeniem do wezwania pomocy jest satelitarna radioboja EPIRB, która po uruchomieniu nadaje sygnał wzywania pomocy, a centrum koordynacyjne organizuje akcję ratunkową. Będąc na środku Atlantyku na pomoc można czekać tydzień lub więcej. W tym czasie musimy przetrwać w najcięższych warunkach.

 

MJ: Co się dzieje jak giniesz z trackingu? Jest jakiś awaryjny sposób kontaktu z biurem regat, żeby przekazać, że jest dobrze? Czy oni mogą się jakoś skontaktować z tobą?

 

RK: Ponieważ nie masz komputera, ani telefonu satelitarnego nie wiesz, kiedy giniesz z trackingu. Jeżeli taka sytuacja zaistnieje, ty masz pewność, że wszyscy cię widzą, ale z powodu braku łączności z lądem nikt nie wie, gdzie się znajdujesz. Organizatorzy regat mają tak samo ograniczony kontakt jak zawodnicy.

 

MJ: Jak prowadzisz nawigację, skoro nie możesz robić tego elektronicznie? Ile zabierasz GPS-ów? Czy na wyposażeniu bezpieczeństwa jest jeszcze sekstant? Czy są papierowe mapy?

 

RK: Mapy są wyłącznie papierowe, niedopuszczalna jest żadna inna forma nawigacji. Posiadam główny GPS pokazujący jedynie pozycję numerami. Na wypadek awarii posiadam zapasowy GPS, a na wypadek awarii elektryczności mam sekstant, którego znajomość obsługi musiałem udowodnić podczas rejsu kwalifikacyjnego na 1000 Nm.

 

MJ: Jak postrzegasz konkurencję? Jaka jest atmosfera przed startem?

 

Atmosfera przed startem jest wyjątkowo przyjacielska, każdy zawodnik pomaga drugiemu, zarówno przed startem na lądzie, jak i później na oceanie – bo każdy z nas wie, jak trudne jest przepłynięcie tak ekstremalnie małym jachtem Atlantyku. Konkurencja jest bardzo silna, porównywana do wyścigu Paryż-Dakar, z tą różnicą, że na oceanie.

 

fot. Tomasz Starmach

 

Start Radka Kowalczyka w regatach Mini Transat jest możliwy dzięki wsparciu licznych firm i instytucji. Radek dziękuje bardzo sponsorowi głównemu projektu, firmie CALBUD oraz Miastu Szczecin, a także firmom Floating Garden, Extra Dach, Eljacht, Raft-Service, Smart, JawaYachts, Sailbook, Sailmedia, Ster, Mantra, AST, HenriLloyd, Sail Servis, Raft Service, Takielunek, a także członkom Klubu Żeglarzy Samotników w Szczecinie oraz Yacht Klub Polski w Świnoujściu za pomoc w realizacji tego ambitnego przedsięwzięcia.

 

Jacht – dane techniczne: długość 6,50 m / szerokość 3,00 m / zanurzenie 2,00 m / masa ok. 1 t / wysokość od balastu do topu 14 m / powierzchnia żagli na wiatr 43 m2 / z wiatrem 130 m2.

 

Dodatkowych informacji udziela Tomasz Starmach, dyrektor prasowy calbudTEAM w projekcie Mini Transat 2011, tel. 504 787 622


8 thoughts on “W niedzielę rusza Mini Transat!

  1. A gdyby takie regaty zrobić wzdłuż polskiego wybrzeża? Raz w roku, sponsor, relacja, trofeum – ludzie budowaliby te łódki po stodołach.

  2. Hm, on popłynął na Bornholm, co jest niesamowite (http://www.youtube.com/watch?v=c3Wiz4CIGMk), ale gdyby spojrzeć jeszcze dalej aż do Kemi, to długość takiego rejsu jest 4 razy krótsza od trasy Mini Transat… czyli w dużym uproszczeniu 6,5 m : 4 = 1,6 m a najmniejszy jest Optymist, czyli jest ok. Gdyby pokonać tę bałtycką trasę tam i z powrotem, to Lc łódeczki wzrosłaby do 3,25 m. Kajuta, genaker, autopilot, akumulator i zaopatrzenie… wow – wyporność by się chyba skończyła… a oni w MT płyną! :)
    Trudno to porównać dokładnie, ale to tak mniej więcej wygląda.

  3. Jakiej wielkości łódką należałoby przepłynąć Bałtyk wzdłuż, żeby dorównać śmiałkom z Mini Transat?

Możliwość komentowania jest wyłączona.