TRUDNY WEEKEND POD BRZEGAMI BRAZYLII

Krótkie podsumowanie tego, co działo się od piątku. Miał być prima-aprilis, były jakieś plany żeby wspólnie z żoną Brada zapodać coś śmiesznego, ale nastroju do żartów nie było wcale. Tym bardziej po psikusach jakie robił RV. (Tu od razu bardzo dziękuję za czujność – faktycznie Predict Wind pokazuje wszystko – ha ha ha. Nie wiem też, dlaczego dla Krzysia liczona jest odległość do lidera skoro Krzyś się ukrywa i takie tam inne.) Ci, którzy czytali blogi angielskie zawodników, wiedzą, mniej więcej, co się działo. Ewidentnie choć Ocean Południowy teoretycznie najtrudniejszy, czarna seria zaczęła się dopiero teraz. Oto skrót wydarzeń.

piątek:

1. CSM który płynął gdzieś pod brzegiem i sprawiał wrażenie, jakby się pogubił, napisał, co u niego. Że zaraz po starcie ujawniły się wszystkie trolle pokładowe. Najpierw zablokował się siłownik autopilota, potem komputer nie chciał ściągnąć prognozy a wreszcie zepsuły się wózki dwóch listew grota. Potem koszmar, którego bał się najbardziej – choroba. Niby „tylko” ząb, ale bolące pół twarzy to średnia atrakcja w „okolicznościach przyrody” z jakimi mieli do czynienia. Ponieważ na wyposażeniu posiadał „zestaw naprawczy”, zdecydował się go użyć. Instrukcja, jak wspomina, była podobna do instrukcji przygotowania kleju, ale udało się. Prowizoryczna plomba trzyma, a Krzyś wrócił do gry i od razu prawie się schował.

2. Brad doniósł, że jeszcze nigdy tak na morzu nie obrywał, a nie można powiedzieć, że ma małe doświadczenie czy coś w tym guście. 40 węzłów wiatru w przerwach z ciszą. Raz z jednej, raz z drugiej strony. Bez szans na reakcję nawet przy sterowaniu z ręki. Ciągłe zmiany żagli – bo jednak regaty i chciałoby się szybko jechać do przodu. Fale z każdego możliwego kierunku. Straszliwe zmęczenie, gorąco. Czekanie, aż coś się zepsuje – w tych warunkach awarie chodzą stadami. Zamiast tego dostał latającą rybą – w miejsce, gdzie kiedyś miał operowany kręgosłup po wypadku. Zwinął się z bólu w kokpicie, po czym zaliczył jeszcze jedną rybę, tym razem w ramię. Chciał je zjeść, ale uciekły. Na łódce chaos, bo zmęczony i obolały nie ma siły ogarniać wszystkiego w tych warunkach tak jak powinien. Do tego na podłogę wewnątrz wylała się ropa z przedniego zbiornika. Oprócz tego że „duszno i parno” – śmierdzi potwornie i pod pokładem prawie nie da się wytrzymać. Teraz Brad też się chowa.

sobota:

1. Derek melduje, że chciałby do portu, bo w jednym z wodoszczelnych przedziałów jachtu odkrył 200 galonów morskiej wody (jakieś 750 litrów). Pierwsza myśl – pęknięta gródź przy skrzyni kila. Telefon do komisji regatowej, komisja sprawdza możliwości lądowania w Brazylii. Jednak po odpompowaniu wody i dokładnej inspekcji grodzi okazało się, że woda prawdopodobnie pochodzi z przecieku jednego ze zbiorników balastowych. Da się jechać dalej – pod warunkiem, że zbiornika nie będzie się używać.

2. Gutek pisze, że w trakcie refowania spadł z nadbudówki do kokpitu na plecy i podejrzewa złamanie / pęknięcie żeber. Obolały, bierze środki przeciwbólowe, na szczęście nie ma gorączki, która sugerowałaby złamanie kości. Jakby tego było mało, psuje mu się alternator, więc problem z ładowaniem. Można ładować alternatorem z silnika, ale mały prąd ładowania, więc trzeba dużo dłużej trzymać silnik włączony, a zapasy paliwa są ograniczone. To również nie koniec – łamie się bukszpryt. W tych warunkach naprawa wyjątkowo trudna. (Całość możecie przeczytać sami.)

Jutro więcej informacji – mam nadzieję, że lepszych …

P.S. Na oficjalnej stronie Gutka http://polishoceanracing.com.pl/?p=1226 jest już informacja, że problem bukszprytu udało się rozwiązać. Ja dzwonię na pokład dziś w nocy.