Na takielunku awaryjnym: Stéphane Le Diraison

Po utracie masztu 18 grudnia, Stéphane Le Diraison postawił takielunek awaryjny z bomu, który cudem udało mu się uratować. Zamierza dopłynąć do Australii na foku sztormowym. Zajmie mu to około 7-10 dni.

Poniżej jego opowieść:

Byłem wewnątrz jachtu. Nagle jacht zaczął surfować z prędkością 28 węzłów i usłyszałem hałas. Pomyślałem, że to wytyk i wybiegłem na pokład w skarpetkach, bo wcześniej próbowałem spać. Złapałem za ster i zobaczyłem, że nie mam masztu. To był ogromny szok – po prostu nic tam nie było. Z reguły maszt łamie się na wysokości pierwszych lub drugich salingów, ale mój złamał się na poziomie pokładu. Leżał na pokładzie w kawałkach, fragment węgla były wszędzie. Trzymetrowy kawałek celował w pokład salingami.

Wszystkie żagle (genaker, J3, grot) były w wodzie i ciągnęły w dół.

Photo sent from the boat Compagnie du Lit - Boulogne Billancourt, on December 19th, 2016 - Photo Stephane Le Diraison Photo envoyée depuis le bateau Compagnie du Lit - Boulogne Billancourt le 19 Décembre 2016 - Photo Stephane Le Diraison Sous voile

Compagnie du Lit – Boulogne Billancourt / Fot. Stephane Le Diraison

Odciąłem sztagi, żeby to wszystko było za jachtem i działało jak dryfkotwa. Próbowałem odzyskać genaker, ale to było niemożliwe. Na wodzie ogromne fale, niektóre załamujące się. Zatrzymywały jacht, a woda była powyżej relingów i zalewała kokpit. Robiło wrażenie. Byłem przypięty na rufie. Próbowałem wyciągać żagle, ale to było zbyt ryzykowne, odciąłem wszystko. To naprawdę ciężkie przeżycie. Najpierw stajesz na głowie, żeby znaleźć pieniądze za które kupujesz żagle, a potem widzisz, jak odpływają … to naprawdę trudne. Tym bardziej, że chwilę wcześniej na pokładzie było wszystko w porządku. Poradziłem sobie z Oceanem Indyjskim. Kilka godzin wcześniej rozmawiałem z biurem regat i mówiłem, że wszystko gra.

Przez trzy godziny płynąłem na silniku i próbowałem jeść i spać po ogromnym wysiłku jakim było zabezpieczenie jachtu. Potem założyłem sztormiak, żeby trochę posprzątać na pokładzie. Nigdy w życiu nie pracowałem tak ciężko. Było 35 węzłów wiatru i krzyżujące się fale. Zamarzałem, a jacht obracał się dookoła pomimo 9 ton wagi i 18 metrów długości.

Wstępne oględziny pokazały, że utrata masztu była spowodowana pęknięciem okucia baksztagu. Nie wiem, czemu tak się stało. To nie powinno się stać, tym bardziej, że ta część została wymieniona na nową przed startem. Teraz na pokładzie nie ma już nic z olinowania. Ani pręta. Reling został zerwany, więc jest dosyć niebezpiecznie, trzeba się wpinać.

Sprzątanie zajęło mi 12 godzin. Wymyśliłem, jak zrobić takielunek awaryjny. Teraz mam 7-metrowy maszt i jest super. Nie sądzę, żeby ten się złamał. Jak najszybciej postawiłem żagiel, żeby móc wydostać się ze strefy zagrożenia lodem, gdzie dryfowałem. Byłem absolutnie wykończony – naprawdę musiałem sięgnąć do najgłębszych rezerw. Musiałem też zająć się sobą, bo dryfowałem po Oceanie Południowym, w pobliżu gór lodowych, co nie było psychicznie zbyt komfortowe.

Photo sent from the boat Compagnie du Lit - Boulogne Billancourt, on December 19th, 2016 - Photo Stephane Le Diraison Photo envoyée depuis le bateau Compagnie du Lit - Boulogne Billancourt le 19 Décembre 2016 - Photo Stephane Le Diraison Pied de mat de fortune

Podstawa masztu awaryjnego na Compagnie du Lit – Boulogne Billancourt. / Fot. Stephane Le Diraison

Moje regaty się skończyły, choć wszystko szło tak dobrze. Wolałbym, żeby to była moja wina, mój błąd przy rufie, zły wybór żagli czy zbyt agresywna technika żeglowania. Ale wcale tak nie było. Miałem dobre żagle, płynąłem mądrze i spokojnie. To był po prostu pech. Więc frustracja jest ogromna.

To, przez co przeszedłem w trakcie ostatnich kilku godzin, było najgorszym moim doświadczeniem w życiu, a to się jeszcze nie skończyło. Udało mi się postawić takielunek awaryjny, ale teraz muszę się dostać do Australii, tysiące mil stąd.

Tak czy inaczej, wyląduję w Melbourne, po drugiej stronie świata niż Lorient, więc czekają mnie jeszcze kłopoty logistyczne. Mam motywację, żeby wrócić do domu, ale łatwo nie będzie. Ale to jest Vendée Globe, prawdziwa żeglarska przygoda, która wciąż trwa. Znajduję się na zranionym jachcie, którym nie jestem w stanie dobrze manewrować, więc nie jest do końca bezpiecznie.

Ludzie często rozmawiają o takielunkach awaryjnych, ale kiedy żeglujesz sam na 60-stopowym jachcie, to nie jest proste. Jestem dumny, że 15 godzin po wypadku już żegluję znów, na północ. Oczywiście lepiej jest ukończyć Vendée Globe, ale jesteśmy tu dla tych emocji oraz osobistego wyzwania. Minione godziny, katastrofalna sytuacja, brak pomocy, dokładnie odpowiadają temu wyzwaniu.

Stefan nie może korzystać z hydrogeneratorów, bo płynie za wolno. Silnik, jak się okazało, jest też nie do użytku, bo spalił się alternator. Nie można więc ładować akumulatorów. Jacht Compagnie du Lit-Boulogne Billancourt żegluje w kierunku Melbourne (Australia) z prędkością nieco powyżej 3.5 węzła. Przy około stu milach dziennie, dotarcie do celu zajmie od tygodnia do 10 dni.

źródło:

http://www.vendeeglobe.org/en/news/17285/stephane-le-diraison-tells-us-all-about-his-dismasting-and-its-consequences

 

4 thoughts on “Na takielunku awaryjnym: Stéphane Le Diraison

  1. Armel perfekcyjnie przechodzi Horn. KLASA. Podejrzewam że jego wrażenia osobiste są również fantastyczne. Niestety Alex się zaplątał w następny niż i ma już 700 Nm w plecy. Coś jednak się chyba wydarzyło, albo on albo sprzęt się przegrzał, bo długo nadążał mimo braku jednego skrzydła.
    Go ALex
    Pozdrawiam wszytskich Świątecznie :)

Możliwość komentowania jest wyłączona.