GUTEK: "2 razy w nocy nie wiedziałem, gdzie góra a gdzie dół …"

Foto Ainhoa Sanchez

MJ: Gratulacje!
ZG: Bardzo się cieszę, że dojechałem w całości i że nic się ni popsuło na jachcie przez ten samoster, z którym miałem cały czas problemy, co narażało moje życie i jacht. No i jestem zadowolony, że tak szybko przypłynąłem po Bradzie, bo on nawet nie zdążył się dobrze wyspać, a już przyszedł mnie odwiedzić. Sporo ludzi nas przywitało, przyjemnie, nie wiem, co więcej powiedzieć, jestem strasznie zmęczony, dwa dni nie spałem.
MJ: Czy wciąż podoba ci się samotne żeglarstwo?
ZG: Powoli przestaje mi się podobać. Jak sobie wyobrazisz takie problemy na środku oceanu spowodowane przez urządzenie elektroniczne to się odechciewa wszystkiego. Po raz pierwszy w życiu się bałem, więc dostałem mocno w kość na tym etapie. Nie chodzi nawet o sztormy, które były aż 3, wiec trochę dużo jak na jeden etap, ale o elektronikę – jak to nie działa dobrze, to się nie da płynąć.
MJ: Płynąłeś trasą alternatywną, czy to była dobra decyzja?
ZG: Uważam, że bardzo dobra. Ze sprawnym autopilotem byłbym tu 5-6 godzin wcześniej. Ciężko gdybać, ale miałem sporą stratę, a dogoniłem Brada prawie na żyletkę.
MJ: Co było najtrudniejsze?
ZG: Całość tarapatów z samosterem, to była absolutnie najważniejsza rzecz.
MJ: Najpiękniejszy moment?
ZG: Sam nie wiem. Dużo fajnych rzeczy. Dwa razy były delfiny, jeden dzień ładnej pogody, a bardzo się ucieszyłem, kiedy udało mi się uciec Darkowi i wiedziałem, że on nie jest w stanie mnie dłużej śledzić. Ten etap trwał kilka dni za długo, można było być wcześniej, ale najpierw start się opóźnił bo był sztorm a potem kilka dni bez wiatru na Oceanie Południowym.
MJ: Lubisz Ocean Południowy?
ZG: Do tej pory lubiłem, dopóki nie wystraszyłem się tak bardzo jak tym razem, bo 2 razy w nocy nie wiedziałem, gdzie góra a gdzie dół, bo byłem przyklejony do wody. Także moje wyobrażenie o tym rejonie trochę się zmieniło, bo tu jest jednak bardzo niebezpiecznie. Trzeba być dobrze przygotowanym i wiedzieć, co cię może spotkać. Natura jest nieprzewidywalna i potem można się tylko jej podporządkować.

GUTEK – ETA

GUTEK SPODZIEWANY NA MECIE W WELLINGTON O 18.00 POLSKIEGO CZASU.

Na kei około dwie godziny później.

Startują właśnie pontony z fotografami :)

Nie wiem jeszcze jak będzie z wywiadem na kei – czy będę rozmawiać przez telefon czy wyślę pytania i dostanę nagranie Gutka wypowiedzi po polsku, ale to się okaże niebawem. Dziś kolejny wieczór kibica :) – ale cieszę się bardzo, że tyle osób razem ze mną siedzi przy komputerach. Nie wiem czy już mówiłam – lubię swoją pracę!

BRAD – ETA (estimated time of arrival)

Dostałam właśnie informację z Wellington, że teoretyczny czas przekroczenia przez Pingwina linii mety to ich godzina 7 rano (zacumuje ok. 9). Czyli dla nas 19-21 dziś wieczorem, bo różnica czasowa to chyba dokładnie 12 godzin.

W KWESTII METY

Dzisiaj rozmawiając z Gutkiem pytałam go o to, jak jest ustawiona meta. Otóż z instrukcji żeglugi posiadanej przez niego na pokładzie Operonu wynika, że linią mety jest linia południka 174°48 E, a właściwie jej odcinek wyznaczony przez górny i dolny znak kursowy: 41°22 S / 41°26 N. Czyli około 5-6 mil przed wejściem do zatoki Wellington.

Jak pewnie wiecie, na Active House skończyło się prawie jedzenie i woda – więc pytam Gutka, czy ma co jeść. Zapewniał, że zabrał ze sobą dużo. Ma jeszcze nawet pół skrzynki jabłek i pomarańczy – w końcu nie płynął przez tropiki, więc owoce w całkiem dobrym stanie zniosły podróż. Stwierdził, że przy ciężarze jego łódki te parę kilo w jedną czy drugą stronę nie ma już znaczenia, więc nie oszczędzał.

Czas bardzo już mu się dłuży, chciałby być jak najszybciej w porcie. Ekipa Operon Racing jest już w Nowej Zelandii, jadą samochodem do Wellington. Mają też ze sobą nowy system autopilota – ale o tym innym razem napiszę :)