Przypadek Armela Tripona

Myślałam, żeby dać sobie spokój, ale ten tekst chodzi za mną od kilku dni. Warto, żeby przeczytało go jak najwięcej osób. Bo ktoś, dla marketingowej sztuczki, postanowił połączyć żeglarstwo i sport niepełnosprawnych, w szczytnym, teoretycznie celu. I przekroczył granice. Dla kasy. Tekst ukazał się na stronie http://seasailsurf.com/seasailsurf/actu/9035-Armel-Tripon-explique-pourquoi-il-a-quitte-For?lang=fr prowadzonej przez kolegę, Christophe’a Guigueno. Tłumaczenie moje, za jego wiedzą i zgodą:


Armel Tripon wyjaśnia, dlaczego odszedł z „For Humble Heroes”: „Czuję ulgę. Podjąłem uczciwą decyzję”. / Christophe Guigueno

Na początku tygodnia z informacji prasowej dowiedzieliśmy się, że Armel Tripon nie jest już częścią zespołu regatowego „For Humble Heroes”. W wyniku prośby telefonicznej i mailowej, otrzymaliśmy od Armela list, który wysłał do członków stowarzyszenia Imagine, które zarządza projektem. Projektem, który stał się szalony w wyniku pomysłu, żeby w dwuosobowych regatach transatlantyckich popłynęła, obok sternika, osoba z ciężką niepełnosprawnością fizyczną.

Nie buduje się ambitnego, regatowego projektu oceanicznego wyłącznie na pięknej idei – nieważne, jak piękna by była” – mówi żeglarz, który skończył na 4 miejscu ostatnie regaty Route du Rhum 2014 na pokładzie byłego jachtu Groupe Bel należącego do Kito de Pavant, [IMOCA, przemianowanego na For Humble Heroes – przyp. MJ].

Zawiedziony, były zwycięzca Mini Transat chce teraz rozpocząć nowy projekt, który mógłby umożliwić mu start w Vendee Globe 2016. „Muszę teraz zdecydowanie ruszyć do przodu i zacząć wszystko jeszcze raz. W ciągu ostatnich 9 miesięcy zebrałem zespół, zwodowałem jacht, którego zupełnie nie znaliśmy, opływałem go, trenowałem, zaliczyłem Rum”. To osiągnięcia zdecydowanie budzące zaufanie w potencjalnych, przyszłych partnerach.

Fragment listu Armela Tripona do stowarzyszenia Imagine:

… Po regatach RdR, gdzie osiągnąłem wynik lepszy niż przyzwoity, doceniony przez media – 4 miejsce przy pierwszym starcie – wróciłem do Metropolii (Paryża – przyp. MJ) i spotkałem na targach Nautic kilku członków Imagine. Tam, w alejkach targowych, dowiedziałem się z wypowiedzi Xaviera Crespina, dyrektora handlowego Imagine, że François Bouy [inny członek Imagine – przyp. MJ] ma pomysł, “szalony, ale genialny” (według jego własnych słów): zabrać na pokład osobę niepełnosprawną ruchowo – bez rąk ani nóg – która nigdy wcześniej nie żeglowała na jachcie i nie ma pojęcia o morzu i jego niebezpieczeństwach – jako drugiego załoganta w dwuosobowych regatach Transat Jacques Vabre!

Byłem zdumiony. Konstruowaliśmy spójny projekt, biorąc pod uwagę postęp techniczny, humanizm, sport oraz cel finalny – start w regatach Vendée Globe 2016. Nagle żąda się ode mnie niemożliwego: żebym zabrał ze sobą na regaty osobę o ograniczonej mobilności, a wszystko pod pretekstem łatwiejszego znalezienia sponsorów, wzięcia udziału w dyskursie humanistycznym, przekazywania informacji o nadziei …

Czyste szaleństwo. Ktokolwiek żeglował na jachcie IMOCA przy silnym wietrze i wysokiej fali, wie, że jest to po prostu niemożliwe – z oczywistych powodów bezpieczeństwa – zabrać na pokład nawet osobę sprawną, ale bez doświadczenia morskiego. Z osobą niepełnosprawną to jest samobójstwo!

Znalazłem się więc twarzą w twarz z Françoisem Bouy, w sytuacji zupełnego klinczu: ja wiem, że to niemożliwe, a on bierze pod uwagę tylko swój pomysł “zupełnie szalony ale wspaniały” (to jego własne słowa). Zaprzeczając oczywistości, François próbuje mnie przekonać, że ten nowy przekaz zostanie entuzjastycznie przyjęty przez sponsorów, którzy ruszą do nas, co pozwoli mu napełnić kasę, więc projekt będzie się toczył wspaniale, że będę mógł zachować swój zespół techniczny i że razem dokonamy wspaniałych rzeczy…

Trudno to znieść. Jestem więc rozdarty pomiędzy chęcią rzucenia wszystkiego w obliczu takiej nieodpowiedzialności i pogardy dla mojego zawodu oraz ryzyka, jakie ze sobą niesie, oraz faktem, że mógłbym zachować swoich ludzi i kontynuować prace nad znalezieniem się na starcie Vendée Globe. Bardzo źle czułem się z tym, że ten nieprawdopodobny plan był znany jedynie kilku osobom bliskim Françoisowi Bouy, a nikt nie zgłosił go do zarządu stowarzyszenia, składającego się z 7 osób. Źle się czułem z faktem, że François wprost poprosił mnie, żebym nic nie mówił „paryżanom” ze stowarzyszenia, stając się tym samym zakładnikiem jego „światłej” idei.

Ponieważ bardzo mi zależało na ratowaniu projektu, zgodziłem się na spotkanie z osobą niepełnosprawną [o której była mowa – przyp. MJ], obdarzonym humorem i dystansem do siebie Ryadhem Salemem. Mój zespół techniczny oświadczył, że niezależnie od wszystkiego, poprą moją decyzję, że nie muszę pochopnie jej podejmować ani przejmować się ich przyszłością, bo jeżeli odmówię udziału w tak szalonej awanturze, oni pracę sobie znajdą. Chciałem się jeszcze zastanowić, bo moim absolutnym marzeniem jest start w regatach VG.

Spotkałem się z Ryadhem Salemem w Paryżu, 23 grudnia. Spotkanie trwało godzinę, rozmawialiśmy o naszym życiu, naszych motywacjach, ambicjach sportowych oraz jego wyobrażeniu o regatowym jachcie morskim. W jego oczach nie było strachu, ale nie miał też absolutnie żadnego pojęcia o tym, co mogłoby go czekać. Dla niego to absolutnie nieznane.

Zdecydowałem się więc zrobić coś, co wydawało mi się logiczne: zabrać go na pokład na jeden dzień, na sprawdzian w warunkach naturalnych. Zorganizowałem więc wyjście w morze 15 stycznia w Lorient, na jachcie Class 40, z moją załogą oraz właścicielem jachtu na pokładzie. Morze było płaskie, wiatr bardzo umiarkowany – 8 do 15 węzłów. Ryadh był zainteresowany, chętny do nauki, spędził jakiś czas za sterem. Ale żeby zrobić zwrot, musieliśmy go podtrzymywać we trzech, w warunkach idealnej pogody. Co by było przy 20-30 węzłach i fali, na jachcie o wiele bardziej wymagającym? Jak by się trzymał, bez prawdziwej ręki, kiedy jacht spadałby z 4-metrowych fal, a ja byłbym z nim sam na pokładzie? Ryzykuje znalezieniem się za burtą przy najmniejszym zafalowaniu. Jak utrzymałby się na swoich protezach wewnątrz jachtu, kiedy trzeba go przebalastować, czyli przerzucić na drugą burtę ponad 500 kg żagli i rzeczy, przy przechyle ponad 30 stopni? Byłby rzucany z burty na burtę jachtu, który ma 5 metrów szerokości …

Dręczyły mnie te wszystkie pytania. Pierwszym obowiązkiem żeglarza jest chronić załogę i jacht, a tu wystawialiśmy się wszyscy na ogromne niebezpieczeństwo – Ryadh, jacht, ja sam oraz nasi ewentualni ratownicy – gdybyśmy przyjęli ten szalony pomysł. Rozmawiałem z moją załogą. Byli jednomyślni: to szaleństwo. Zapytałem więc dyrektorów największych regat oceanicznych. Ta sama odpowiedź: ryzyko jest o wiele za duże i nie można wyprawiać takich rzeczy pod pretekstem prowadzenia komunikacji niezbędnej dla pozyskania sponsorów. Pytałem nawet lekarza z ISAF. To samo: nie daje żadnych szans na start ze względów bezpieczeństwa. Mówiąc wprost: nawet, gdybyśmy chcieli coś takiego zrobić, nikt nam na to nie pozwoli …

W końcu moja załoga zwróciła mi uwagę na inny aspekt, który pomijałem, obsesyjnie myśląc o bezpieczeństwie Ryadha. Zadali mi pytanie: nowicjusz na morzu z ciężką niepełnosprawnością, jak on by mnie wyciągnął, gdybym ja sam znalazł się za burtą? A gdyby mnie nie wyciągnął, jak uratowałby własną skórę, gdyby został sam na pokładzie? Najwyraźniej wymagano od nas ryzykowania życiem dla „idei szalonej ale genialnej”…

Regaty dwuosobowe opierają się na zasadzie takiej, że jeden pilnuje drugiego, dwóch doświadczonych żeglarzy wspiera się nawzajem. Ryadh nie ma możliwości sam manewrować jachtem ani wyjść z kokpitu i pójść na fordek zwinąć żagiel. Mam świadomość, że jeżeli wyruszam sam, muszę sam myśleć o wszystkim, ale musieć stale jeszcze dbać o kogoś, to dodatkowy stres. Wyobraźcie sobie, na przykład, wachty nocne …

W międzyczasie nic się nie ruszyło od strony finansowej, a moja załoga jest wciąż na kei. François wciąż mi powtarzał, że sprawy się ułożą, i żeby przede wszystkim nic nie mówić „Paryżanom”, bo według niego członkowie stowarzyszenie “chcą zniweczyć tę piękną energię dla której ponosimy takie ofiary”.

To za dużo. Dzień przed spotkaniem w Paryżu, na którym mieliśmy omówić podstawy projektu regatowego z Ryadhem Salemem, zdecydowałem się położyć kres tej konfabulacji. Przerywam projekt, którego nowy kierunek zupełnie nie bierze pod uwagę zbyt wielkiego ryzyka, jakie zostałoby na nas nałożone. Mój list jest bez wątpienia niestosowny, ale unikam tym samym straty czasu na tworzenie dossier, które tak czy inaczej nie przeszłoby weryfikacji sportowej ani administracyjnej! Z pewnością osoby podzielające tę ideę i zauroczone Françoisem Buoy, który przez telefon nazywa mnie tchórzem, wygwiżdżą mnie, ale czuję ulgę. Podjąłem uczciwą decyzję z punktu widzenia żeglarza. Decyzję, która szanuje zasady prostej logiki i nie wystawia na niebezpieczeństwo życia ludzi ze złych pobudek.”

Myślę, że komentarz jest zbędny.

Christophe, merci!

13 thoughts on “Przypadek Armela Tripona

  1. Nareszcie ktos trzezwo podszedl do sprawy zeglowania z niepelnosprawnymi. Wyjsc w morze na jachcie to nie to samo conzjechac na ratach, skoczyc ze spadochronem w tandemie czy zanurkowac pod opieka instruktora. Dla pozyskania slawy i kasy, spelnienia wlasnych ambicji ludzie ryzukuja zdrowiem swoim i zalogi. Ktos to nareszcie powiedzial glosno.

    • Wiesz, są przykłady bardzo udanych projektów żeglowania niepełnosprawnych (np. rejsy realizowane na żaglowcach) – ale zawsze polega to na włączaniu niepełnosprawnych w te funkcje, które mogą oni bezpiecznie wykonać. Ale tutaj, propozycja regat dwuosobowych w tej formie byłaby trudniejsza do ogarnięcia niż samotne non-stop dookoła świata …

  2. Jedyna słuszna decyzja.,, Nie dał się spacyfikować wariatowi.

  3. Bardzo mądre i logicznie uzasadnione postępowanie żeglarza. I bardzo dobrze że Armel podał to do publicznej wiadomości. Ja mu za to dziękuję.

  4. Sytuacja pokazuje desperację sportowca w świecie medialno korporacyjnym, czyli żeby zdobyć fundusze, potrzeba rozgłosu przez kontrowersje. Wszystko gra kiedy kolejność jest naturalna i samoistna czyli najpierw jest sytuacja a następnie rozgłos jak było w przypadku DICK’a HOYT i jego syna Rick’a ( https://www.youtube.com/watch?v=l6-bGtW83vA ) albo Cliff’a Younga ( https://www.youtube.com/watch?v=5WXXm-FVB58).

    Gorzej kiedy jakiś ” mądrala” – „zbawca” kreuje to sztucznie czyli: wywołajmy kontrowersje, a fundusze się znajdą dzięki rozgłosowi. Dobrze że nie wszyscy się dają wpuścić w takie maliny.
    Niestety bogatych prawdziwych miłośników żeglarstwa regatowego jak Robert Oatley jest na świecie niewielu.

    Dlatego Polacy są mistrzami świata (lub Europy – do wyboru) w dyscyplinach nie wymagających milionów od kogoś ( gratulacje dla Karola Jabłońskiego). Może i projekty MINI będą szansą dla wielu naszych.

    • Tak, połączenie pasji i dobrego biznesu to w obecnych czasach warunek zaistnienia w żeglarskich wydarzeniach z najwyższej półki. Przykład Roberta Oatleya, Jima Clarka, Larryego Ellisona czy Ernesto Bertarellego potwierdza tę zależność. Podobnie dużymi pieniędzmi dysponują tylko wielkie koncerny, tylko tutaj liczy się reklama, pasja jest sprawą drugorzędną, są wyniki strumień pieniędzy płynie, nie ma lub są niezadawalające, zakręcamy kurek. Liczy się sukces, człowiek schodzi na dalszy plan. Przykre to, ale z życia wzięte. Przypadek Armela Tripona przywraca wiarę w rozsądek w wielkim żeglarstwie. Brawo Armel !!!

  5. Ciekaw jestem czy ktoś na to poleci,może zmienią tego co ma pomysł szalony ,ale chyba tylko szalony.Miejmy nadzieję ,że Gutkowi nie dadzą podobnych warunków nasi sponsorzy(jeżeli są takowi).

Możliwość komentowania jest wyłączona.