Mini Transat – wszyscy w porcie

Wczoraj ostatni zawodnik (Maxime Eveillard, Proto) dotarł do portu w Arrecife na Lanzarote. Teoretycznie, meta była już zamknięta (zawodnicy mają 6 dni po pierwszym w danej kategorii na dotarcie do celu) ale w klasie Mini nikt się szczegółami tak bardzo nie przejmuje. (Tych, którzy nie zmieścili się w czasie, jest zresztą dużo więcej.) Nie ma też protestów ani „szarpania” się o minuty. To jest wyjątkowe. Być może dlatego żeglarze lubią wracać na trasę tych regat, gdzie oprócz prawdziwej rywalizacji na wodzie liczy się współpraca i bycie razem, bez zadęcia i zadzierania nosa.

Flota czeka jeszcze na Hiszpana, Nacho Postigo (Vamos Vamos), którego jacht uszkodził kil tuż przed startem w Douarnenez i musiał zrezygnować z pierwszego etapu regat. Zawodnik robi wszystko, żeby wystartować w drugim. Przekonał sędziów, żeby dali mu taką możliwość. (Być może na ich decyzję miało wpływ to, że jacht Vamos Vamos został uszkodzony na holu w trakcie wychodzenia z portu i nie do końca można uznać, że była to wina zawodnika.) Jak będzie to punktowane? Pozycja zawodnika będzie liczona według czasu jaki uzyska w drugim etapie. Jeżeli przypłynie jako 5, będzie widniał jako 5 również w etapie pierwszym, ALE jego pozycja nie wpłynie na kolejność na mecie pozostałych, więc będzie żeglował niejako poza klasyfikacją. (Ciekawa jest też sprawa kary 30 miejsc dla Axela Trehina za złapanie boi w trakcie wyścigu „startowego” zapowiadanej w informacji po-startowej organizatorów. W klasyfikacji jej nie widać, Radek twierdzi, że musiałoby to zostać rozstrzygnięte w ramach protestu, ale nikt protestu w regulaminowym czasie nie złożył, więc sprawa zamknięta.)

Fot. R. Kowalczyk

Arrecife, Marina Lanzarote. Fot. R. Kowalczyk

Do 8 października zawodnicy obowiązkowo muszą pozostawać na miejscu. Ma to związek z oficjalnymi zobowiązaniami wobec organizatorów regat (wizyty w klubach żeglarskich, zakładach pracy, no wiecie). Radek wraca do Polski 10 października „trochę pomieszkać w domu”, w którym od czerwca spędził mniej niż tydzień. 20 października wraca na jacht, a 31 startuje drugi etap Mini Transat Iles de Guadeloupe. Do pokonania będzie prawie dwukrotnie większy dystans niż w pierwszym etapie.

Zostały mi jakieś dwa dni pracy na jachcie”- mówił dziś przez telefon. „Dno oczyszczone, prawie wszystko, co mogłem, już zrobiłem. Muszę wejść jeszcze na maszt, żeby sprawdzić czy wszystko jest w porządku.” Radek zabiera ze sobą do Polski listę rzeczy do przywiezienia, załatwienia, zrobienia. To 11 punktów. Są na niej m.in. nowe kabestany, covery do lin z dynemy, GPS.

Zarówno w kategorii Proto, jak i Serie, liderzy mają sporą przewagę – pierwszy 9, a drugi 6 godzin nad kolejnym w klasyfikacji. Ale jak w wiadomo, w sporcie bywa różnie i przewagę można utrzymać albo nie. W pierwszym etapie nie padły też żadne rekordy prędkości. Najszybszym Mini w przebiegu dobowym był Nautipark (Frédéric Denis), który w dobę przepłynął 234 mile. W porównaniu z rekordem 305 mil z roku 2010 (Bertrand Delesne, regaty Les Sables – Les Açores – Les Sables) nie jest to wynik wyjątkowy.

L5

Arrecife, Marina Lanzarote.

Wielu zawodników przekroczyło czas 6 dni od zamknięcia mety. Z reguły byli to ci, którzy musieli się zatrzymać po drodze i naprawiać jakieś uszkodzenia. Nie załapali się też na silniejszy wiatr, więc ich rejs trwał dłużej. Katrina Ham (3 od końca w Serie), według własnych wyliczeń ma 417 mil straty do lidera. Generalnie różnice w wynikach poszczególnych zawodników mają 3 główne źródła: pogodę, różnice w sprzęcie i przygotowaniu oraz różnice w celach, jakie stawiają sobie żeglarze.

15 zawodników musiało zatrzymać się w portach Hiszpanii i Portugalii. Dla 8 z nich postój zakończył się decyzją o wycofaniu z regat. Bohaterem etapu jest Fidel Turienzo (Satanas) który dopłynął do Portugalii z masztem w trzech kawałkach, naprawił go w regulaminowym czasie 72 godzin, a potem wrócił na trasę i ukończył etap. Teraz czeka na dostawę nowego masztu, żeby wystartować w drugim etapie na całkowicie sprawnym jachcie.

A kto okazał się najsprytniejszy? Gołąb. Maxime Eveillard, po wypłynięciu z La Coruna, zauważył, że ma na pokładzie pasażera. Był to gołąb wędrowny, zaobrączkowany. Dzięki numerowi na obrączce udało się ustalić (już w porcie), że właściciel gołębia mieszka na Teneryfie. Zaraz po zacumowaniu na Lanzarote ptak odleciał, nie dziękując żeglarzowi za wspólną podróż. Skąd wiedział, dokąd zmierza jacht na którym wylądował przy brzegach Hiszpanii??? Cwaniak.

Arrecife, Marina Lanzarote. / Fot. R. Kowalczyk

Arrecife, Marina Lanzarote. / Fot. R. Kowalczyk

12 thoughts on “Mini Transat – wszyscy w porcie

  1. Wyjaśniła się też sprawa ew. kary dla Axela Trehina za tę jego boję na starcie. Radek mówił, że rozmawiał z nim wczoraj na zakończeniu pierwszego etapu: „Axel zrobił karne kółko, czyli wykonał karę. Ale zaczął „kręcić” 2 minuty po zdarzeniu. Wg. sędziego za późno. Za długo czekał, więc dostał 30 minut kary. Taki werdykt na zakończeniu pierwszego etapu.” Nie wiem w takim razie, skąd w informacji prasowej wzięło się 30 miejsc kary, no ale w ferworze walki w biurze prasowym mogło się to „pisaczom” pomylić :)

  2. Nam się wydawało,że jesteśmy najmądrzejsi na ziemi.Milka napisz może co u Gutka ,czy przygotowuje się do startu do Brazylii po kawę?

  3. Co to są „covery do lin z dynemy”?
    A ptaki?
    Dzikie Gęsi np. – skąd wiedzą kiedy, którędy, jak i dokąd polecieć migrując z Afryki do Europy i z powrotem? Bez kalendarza, mapy, kompasu, zegarka i GPS-u?
    A wiedzą…

    • Co do coverów: chodzi o dodatkową ochronę na linę (taką koszulkę) która będzie dodatkowo zapobiegać przetarciom. Co do ptaków – u dzikich jak najbardziej rozumiem, ale cwaność gołębia mnie zdumiała.

      • Pewnie leciał w tym samym kierunku i z góry zobaczył okazję. I chyba nie pierwszy raz, jeśli żeglarz go nie zauważył. Gołąb – rutyniarz. Zagadki przyrody są nieodgadnione…

        W tym sezonie malowałem maszt od deski lakierem poliuretanowym, który co tu dużo gadać specyficznie pachniał. Zanim domalowałem do końca, zjawiał się Pan Szerszeń we własnej osobie. I przelatywał mi koło ucha. Kilka razy i za każdym razem, bo malowań było kilka warstw w ciągu kilku dni. Niby przypadek, ale wcześniej pojawiał się w czasie budowy kadłuba sklejkowego (klej epoksydowy), zawsze o tej samej porze popołudniowej. Zawisał w otwartych drzwiach i patrzył (chyba) co robię. Po czym odlatywał.
        I nie byłoby w tym nic dziwnego, w końcu zawsze można to jakoś wyjaśnić, jednak dwa dni temu podczas zrywania owoców jesiennych i będąc w sytuacji dość kuriozalnej (jeszcze nie spadałem, ale już nie stałem na przedmiocie drewnianym)… kiedy to usłyszałem ten sam „złowieszczy” dźwięk. Koło ucha przeleciał, zawrócił i dokonał zuchwałego lotu drugi raz. Czego chciał? :)

        • Pytanie jest zdaje się z gatunku filozoficznych :) O ile może lubił wąchać klej czy poliuretan, to sytuacja ogrodowa nie pasuje do schematu. (Moje doświadczenia z szerszeniami są takie, że albo pilnują terenu i sprawdzają, co intruz robi (zawisanie w drzwiach), bo mają blisko gniazdo, albo wchodzisz na ich żerowisko (drzewo owocowe) i też są niezadowolone. (2 razy wzywaliśmy strażaków, żeby wykwaterowali szerszenie, raz udało nam się to zrobić samodzielnie, ale tylko dlatego, że zaczynały mieszkać w wędzarni i sprawa była prosta …)

          • 11 lat temu oblaminowywałem styropianową deskę kejtową, pewnemu artyście, który profesjonalnie umniejszył należność o 3 banknoty. Wcześniej, czasie klejenia (epoksydem), wleciały do warsztatu 3 szerszenie. Pokrążyły i zakotwiczyły w świetliku dachowym nad stanowiskiem pracy. Czyli nad moją głową… Brrrrryyy… Kółko ścierne na rurce uwolniło mnie od intruzów, a dalsze prace były już przy drzwiach zamkniętych. Ale może one ostrzegały przed negocjacją ceny?

            • ps1. Zeszłego lata, ciepłego rzecz jasna, uchyliłem okno nad ranem i przysnąłem. Pojawił się sen, a w nim zobaczyłem… szerszenia wiszącego nad moją poduszką (na której śniła moja głowa). Pan owad wyraźnie przyglądał mi się z odległości może 20 cm… Siłą woli otrząsnąłem się ze złego snu (żeby mnie nie dziabnął), otwieram oczy i co widzę???
              – Najprawdziwszego Horneta trzepoczącego skrzydełkami tuż przed moim nosem! Tak jak we śnie!
              Zlany potem, powoli odsunąłem zasłonę okna i nakierowałem go w firankową pułapkę…
              Uff.
              ps2. Jadę wczoraj za miasto, podjeżdżam do skrzyżowania, czerwone światło, V=10 węzłów, a przed lewym (przednim) słupkiem pojawia się On – Jaśnie Panujący Pan Szerszeń!!! Przesuwa się w górę i dół, jakby szukał wejścia do środka… Na szczęście było zimno i wszystkie okna były zamknięte.

              Hornet:
              Lc = 4,89 m
              Bc = 1,40 m
              Z = 0,19 m
              S = 11,3 m2
              slup
              J. Holt

    • Trzymają się koryt dużych rzek i nie oddalaja się od lądu, bociany np,z Mazur, kierują się na południe opuszczając Europę przez cieśninę Bosfor i dalej przez Syrię, Egipt wzdłuż Nilu do Sudanu i Mali. Mają w tej podróży zapewnione jedzenie i odpoczynek, kierunek wskazuje Słońce. Gołąb skorzystał z darmowej Boat Taxi, taki mądrala, a z ptasim móżdżkiem.

Możliwość komentowania jest wyłączona.